Menu

Detox sokowy - moje wyzwanie

Na detox sokowy wpadłam nagle i tak samo szybko zrobiłam listę owoców i warzyw, a potem połączyłam je w grupy i poleciałam na zakupy. Następnego dnia byłam już na detoxie.

Na początku muszę zaznaczyć, że niekoniecznie warto brać ze mnie przykład. A przynajmniej nie zawsze. Sam fakt oczyszczenia organizmu może i godny jest pochwały bo wiadomo im czystszy mamy organizm tym lepiej dla zdrowia i samopoczucia, a co za tym idzie lepsza efektywność działania. Koniec końców ostatecznie jesteśmy szczęśliwymi ludźmi i tak dalej. Dobra, dobra ale wracając do rzeczy. Pomysł - ok. Sposób - hmmm.

Ja po prostu chciałam już, teraz, zaraz. Już taki mam charakter, że nie lubię na coś czekać. Muszę widzieć efekt szybko, dlatego też nie lubię odchudzania czy innych długoterminowych przedsięwzięć bo się najzwyczajniej w świecie nudzę czekaniem. No ale, że chciałam już to w trzy minuty skomponowałam (na kartce póki co) pięć różnych soków. Zasady miałam dwie: 1. wszędzie musi być jabłko, bo jak nie przełknę np. buraka (którego mogę jeść garściami ale soku nie znoszę) to pyszne jabłuszko zawsze to jakoś zniweluje. Po drugie w każdej porcji prócz owoców miksowanych w sokowirówce musi tez być inny produkt, który zblenderuję. Bo przecież nie mogę tak samego soku bo z głodu umrę, musi być jakiś miąższ.

Sokowirówka - jabłko, gruszka, burak, marchew.
Blender - pomarańcza, grejpfrut, kiwi, jarmuż, cytryna, banan, truskawka, malina, ananas, szpinak.
Wcześniej naliczyłam 16 produktów więc pewnie dwóch nie pamiętam;)

Nie pokażę Wam jak łączyłam składniki bo łączyłam je bez konsultacji z dietetykiem, a jestem świadoma tego, że przy dobieraniu składników do soków na detoxie obowiązują jakieś zasady. Na przykład cytrusy i banany tylko do południa bo zawierają cukier, a ostatni posiłek do godziny 18:00 itd. Nie będę pisać bo wiecie jak jest w necie, nie wszyscy czytają wszystko. Ktoś wklepie detox sokowy w google, kliknie tu, nie doczyta całości tylko weźmie przepis na sok i w niczym mu to nie pomoże. Mnie się moja kombinacja podobała smakowo, a i wyglądem nie odrzucała. Byłam też najedzona i nie odliczałam minut do następnej porcji.

Detox miał trwać dwa dni, tak sobie założyłam na początku, nawet nie wiem dlaczego akurat trzy. Okazało się jednak, że trzeciego dnia byliśmy zaproszeni do znajomych na większą cześć dnia, a że mój detox nie był częścią jakieś zalecanej diety i nie zależało mi na jego utrzymaniu to skróciłam go do dwóch dni.

Piłam co trzy godziny. Pięć soków dziennie, każdy po około 450 mililitrów. Tak jak już wspominałam nie byłam głodna, nie burczało mi w brzuchu ale niewątpliwie jednak coś tam się zaczęło dziać. Pierwszego dnia po godzinie 15:00 czyli już po trzech sokach zaczęło robić mi się chłodno. Chociaż na dworze było ciepło i dzieciaki chodziły w krótkich spodenkach, to ja miałam grubą bluzę z kapturem. Drugiego dnia zimno było mi już od rana, a kiedy weszłam do zaparkowanego w pełnym słońcu samochodu zamiast duszności pomyślałam "ale cieplutko". Drugiego dnia dołączyło też zmęczenie, zdrzemnęłam się nawet po południu. Konsultowałam później ten stan z innymi osobami, które robiły detox i ponoć to całkiem normalne oznaki od organizmu.

Oczywiście były też plusy. Drugiego dnia obudziłam się z mniejszym brzuchem. Chciałabym napisać "z płaskim" ale niestety aż tak ładnie nie mogę tego ująć bo brzucha mam trochę za dużo ale musicie mi uwierzyć, że naprawdę się zmniejszył. Waga stała w miejscu ale obwód w brzuchu zmniejszył się o 4 centymetry. Pomimo zmęczenia czułam się lżej, mniej więcej tak jak czułam się po trzech tygodniach ostatniej diety kiedy zrzuciłam 4 kilogramy. No i kolejnym atutem jest sprawdzenie swojej silnej woli. Nie było znów tak ciężko bo głodna nie byłam ale miałam dużą chęć na podjadanie żeby po prostu mieć coś w ustach i pogryźć. Taki mam już śmieszny styl, że lubię coś chrupać, może dlatego na okrągło jem marchewki :)

Żałuję, że nie zrobiłam więcej zdjęć, moglibyście zobaczyć jakie ładne wyszły kolory z tej mojej mieszaniny smaków. Podsumowując, jestem zadowolona że podjęłam się oczyszczenia organizmu (jeśli mogę to tak nazwać). Kolejne doświadczenie za mną. Teraz czas na kolejne, jakieś propozycje?




Historia przerwanych marzeń

Nie było mnie tu miesiąc, a może i ponad. Powodem była realizacja największych marzeń. Kiedy okazało się, że w końcu moje największe pragnienie się spełni - oddałam się temu w całości. Żyłam z głową raz w papierkach bo trzeba było załatwić formalności, a raz w chmurach bo tak się cieszyłam. A potem życie postanowiło jednak sprowadzić mnie na ziemię.

Nie pamiętam kiedy pierwszy raz pomyślałam o Kawiarni. Mam wrażenie, że zawsze chciałam ją mieć. Pracować, rozmawiać i spotykać się z ludźmi ale też być jej właścicielem żeby mieć wpływa na wygląd, serwowane napoje i dania. Po prostu moje miejsce na świecie.

Przyszedł w końcu dzień kiedy znalazłam idealny lokal, w idealnym miejscu, z idealnymi mieszkańcami dookoła. Od razu polecieliśmy do rozmowę z właścicielem. Od też był idealny. Ugodowy, chętny do pomocy i najważniejsze - niewygórowana cena wynajmu. W międzyczasie dwójka znajomych wykazała chęć prowadzenia kawiarni razem z nami. Mielibyśmy swój biznes, spełnilibyśmy swoje marzenia, a przy okazji rachunki i obowiązki dzielilibyśmy z kimś kto tak samo jak my cieszył się na współpracę.

Kolejny miesiąc żyłam jak w transie. Telefon, komputer, spotkania. Za cztery tygodnie mieliśmy podpisać umowę najmu więc do tego czasu chcieliśmy ogarnąć wszystkie sprawy związane z otwarciem Naszego Miejsca. Jeszcze nigdy nie pracowałam na taki wysokich obrotach i nawet do matury czy obrony dyplomu nie byłam tak dobrze przygotowana. Byliśmy umówieni z sanepidem, firmą od kasy fiskalnej, telewizji i internetu. Papiery na koncesje czekały na ostateczny podpis. W drukarni czekał projekt menu, ulotek i szyldu. Plan remonty zatwierdzony przez wszystkich. Prawie podpisane umowy z dostawcami kaw, ciast i dań jednogarnkowych. Wypisane dokumenty na założenie firmy. Złożone wnioski o przyznanie dotacji. Ustalony grafik na pół roku do przodu. Najmłodsze dziecko zapisane do przedszkola...

Dzień podpisania umowy.
Radość, radość, radość!
Spotkanie i rozczarowanie.
Pan się rozmyślił.

I cholera miał prawo! Jego lokal, jego decyzja i nic nie zrobisz.
To było naprawdę mocne uderzenie. Jakby ktoś rozerwał mnie na strzępy, zresztą pewnie możecie sobie wyobrazić jakie uczycie towarzyszy utraconym nagle marzeniom. Marzeniom, które było przecież tak bliskie i tak realne. Próbowaliśmy walczyć. Najpierw rozmową i przekonywaniem. Podawaliśmy argumenty, podnosiliśmy cenę najmu. Niestety. Nie, bo nie.

Kolejny tydzień był ciężki, w głowie sto myśli o Kawiarni, zero myślenia o życiu codziennym. Tylko kawa, sen i płacz. Wszyscy z nas to przeżyli chociaż niewątpliwie pozostałej trójce było lżej - oni nie marzyli o tym od kilkunastu lat. Po kilku dniach zadzwoniliśmy do właściciela żeby uzyskać jakiekolwiek informacje odnośnie zmiany zdania. I znów "nie bo nie". Złamał się po trzecim telefonie. W drogę wszedł jego syn. Młody gość, który niewiele miał do powiedzenia i nigdy lokal go nie interesował ale nagle chciał mieć coś do gadania. Właściciel niedawno stracił żonę, nie chciał się jeszcze kłócić z synem. I taka sytuacja, że niby to rozumiem, a jednak nie jest mi lżej. Syn powiedział, że On nie chce tu Kawiarni, bo za głośno i za dużo ludzi. W tym miejscu powinno być biuro, ewentualnie jakieś beauty gabinety. Koniec tematu. Proszę więcej nie pytać.

Po dwóch tygodniach dostałam meila, że został jeden dzień do składania wniosków o przyznanie dotacji, nasze były złożone ale brakowało biznesplanu. Miał być złożony jako ostatni bo chcieliśmy wpisać do niego adres wynajętego lokalu. Lokalu nie było, czas minął. Tak skończyła się bajka o marzeniach.

Tydzień temu dowiedzieliśmy się, że lokal został wynajęty i będzie tam knajpa. Nie spokojne biuro czy gabinet. Też nie spokojna, rodzinna kawiarnia dla mieszkańców ale knajpa, głośna i śmierdząca alkoholem. Ale najmujący rzucił dużą kasą i syn właściciela nawet się nie zastanawiał. Póki co lokal i tak stoi pusty, nieruszony. Nowy najmujący ma problemy z prawem i miasto nie chce przyznać mu koncesji. Właściciel zamiast spokojnej Kawiarni ma umowę z gangsterem...

Dla jednych może się to wydawać jakimś błahym powodem do smutku bo przecież to tylko jakaś kawiarnia. Ale dla mnie to miało być coś więcej. Pasja, praca, zarobek, poczucie spełnienia, pomysł na resztę życia. Niedługo minął dwa miesiące od pierwszego zachwytu i hasła "robimy to!". Czasem budzę się z myślą, że może jeszcze kiedyś, może się uda i spełnię swoje marzenia. Ale czasem są takie dni jak dziś kiedy ktoś coś powie, kiedy padnie jakieś skojarzenia albo dostanę meila od Pani Krystyny "...termin na składanie wniosków przedłużony, jest jeszcze sporo miejsc." I co? Lokalu nie wynajmę, właściciela nie zastraszę, cudów nie zrobię. Było, minęło ale pomimo wszystko fajny był ten czas kiedy byliśmy tak blisko.


Seriale, programy i inne umilacze


Jestem zwolennikiem oglądania seriali i programów w sieci. Najpierw byłam do tego niejako zmuszone przez dzieciaki. Przy trójce trudno było znaleźć czas żeby spokojnie zobaczyć swój ulubiony film akurat wtedy kiedy był emitowany.


Nie żebym się skarżyła bo wiem, że nawet przy trójce dzieci można organizować dzień tak, by się z wszystkim wyrobić ale tak naprawdę po co? Organizacja dnia to jedno ale robienie spiny trójce dzieciaków i pilnowanie obowiązków domowych co do minutki tylko dlatego żeby obejrzeć coś w tv jest chyba lekką przesadą. Tym bardziej, że codziennie wieczorem jest coś ciekawego do obejrzenia i musiałabym każdego wieczora stawiać ich na baczność. Poza tym nawet gdybym faktycznie musztrowała wieczorny rytuał bo czekam kolejny odcinek tego czy tamtego, a potem któryś budzi się z płaczem bo zły sen, komar, siku itd. to faktycznie lepiej odpuścić na początku. 

Przerzuciłam się wtedy na iple, player'a i kilka innych stron czy aplikacji. Wiedziałam kiedy mam czas i możliwości. Teraz właściwie już chyba mogłabym wrócić do oglądania swoich ulubieńców w tv ale na dobrą sprawę chyba się przyzwyczaiłam. Jest wygodnie bo np kiedy umawiam się ze znajomymi czy wychodzimy gdzieś z mężem nie muszę zaglądać w rozkład swoich seriali. A wiem, że są takie kobiety. Ewentualne wyjście na randkę tylko we wtorki i niedziele bo inne dni są zajete przez telewizor... Oglądam kiedy chcę, przerywam kiedy chcę, wychodzę po herbatę i wiem, że nic mi nie umknie.

Myślałam, że nie oglądam dużej ilości programów ale jak liczyłam co chcę Wam polecić to jednak trochę się nazbierało:)

1. Chicago Fire - serial

Mistrz mistrzów. Niekwestionowany numer jeden. Serial o strażakach. Ich życiu w remizie i poza nią. Uwielbiam tam absolutnie każdego aktora. I głównych bohaterów i tych drugoplanowych. Każdy odcinek to nowa akcje, nowe zdarzenie, ale też ciąg dalszy życia prywatnego. Aktualnie możemy oglądać szósty sezon.

2. Przyjaciółki - serial

Chyba najlepszy polski serial obyczajowy. Opowiada o przyjaźni czterech kobiet przed czterdziestką. Dużo się dzieje, czasem aż za wiele jakby patrzeć na bohaterów realnie, ale jest ok. Akcje dzieją się szybko, fabuła nie ciągnie się jak ślimak, w każdym sezonie jest niewiele ponad 10 odcinków wiec w sam raz żeby zatęsknić ale też nie znudzić widza. Serial emitowany w telewizji Polsat.

3. Rodzinka.pl - serial

Czy ktoś jeszcze tego nie zna? Ja co prawda na początku bardzo się broniłam przed oglądaniem, nie chciałam. Nie lubię tego co jest na topie i na co wszyscy mają akurat WOW. Byliśmy kiedyś w odwiedzinach u znajomych, to był piątek, wszyscy lubili ten serial więc nie jako byłam zmuszona go obejrzeć. Myślę, to tylko 20 minut - dam radę. I przepadłam. Wtedy był to czwarty sezon. W tamten weekend kiedy wróciłam do domu obejrzałam wszystkie poprzednie odcinki. serial wciąż emitowany na drugim programie telewizji polskiej.

4. Agent - reality show

Oglądałam wiele programów reality show. Zarówno te z osobami prywatnymi jak publiczny. Na żaden nie czekałam jednak tak jak na Agenta. Świetne konkurencje, ciekawe intrygi i fajnie przedstawiony sposób ludzkiego kombinowania. Przy okazji uczestnicy odzywają się do siebie kulturalnie, a ewentualne złośliwości pokazywane są przez operatora w minimalny stopniu tak by najważniejsze było w programie jednak poszukiwanie Agenta, a nie lansowanie uczestników.

5. Kuchenne rewolucje - program kulinarny

Nie powiem, że czekam na ten program co tydzień z wielką ekscytacją, właściwie to nawet nie do końca wiem kiedy nadawane są nowe odcinki w telewizji. Ale jest to jeden z programów, który mam ochotę włączyć sobie kiedy mi się nudzi, kiedy mam chwile dla siebie a nie mam akurat ochoty na czytanie. Faktycznie Pani Gessler uchodziła na początku za osobę wulgarną ale patrząc na to z perspektywy czasu jaki minął od pierwszego odcinka, to cały czas program jest emitowany. A gdzie reszta innych (chwilowo wschodzących) szefów kuchni? Niewątpliwie zachowanie prowadzącej program może się nie podobać jednak nie można zaprzeczyć, że to najlepsza najodpowiedniejsza osoba na to miejsce.




6. Kochane kłopoty - serial

I ten serial zaczęłam oglądać dopiero jakiś czas po jego emisji w telewizji. Chyba głownie dlatego, że tak fajnie pokazywał relację matki i córki, a moje relacje zostawiały w tym okresie wiele do życzenia. Teraz włączam sobie, któryś z przypadkowych odcinków żeby zobaczyć jak radzi sobie matka. Jaka jest zaradna pomimo codziennych kłopotów i obowiązków. Minęło już 10 lat od emisji ostatniego odcinka ale wciąż lubię go sobie odtwarzać.



źródło zdjęcia - klik

Co nowego w mojej biblioteczce

Książki - mój pomysł na odpoczynek, lek na zapomnienie i potrzeba oderwania się od realnego życia


Jesteśmy właśnie w trakcie remontu mieszkania. Zaczęliśmy od sypialni, potem będzie jeden z pokoi dziecięcych, a na końcu salon. I tego ostatniego nie mogę się doczekać bo ze wstępnych ustaleń z mężem (a ja już dopilnuję, żeby nie były tylko wstępne) w salonie stanie biblioteczka! Stanie albo zawiśnie bo jeszcze nie wiem w jakiej formie ale najważniejsze czyli książki - będą! Jestem tym faktem mega podekscytowana bo uwielbiam nie tylko czytać książki ale i otaczać się nimi. Układanie ich, przecieranie z kurzu czy po prostu patrzenie na nie sprawia, że się relaksuję. Dobrze się czuję kiedy są. Może śmiesznie to brzmi ale jednak.

Aktualnie mam w salonie pięć malutkich półek, na której mieści się łącznie może 30 książek. To znaczy, że co najmniej pięć razy tyle jest schowana w kartonie na strychu. Czekają na obiecane czasy kiedy będą mogły ujrzeć światło dzienne i cieszyć moje oczy. Do nich ciągle dołączają nowe, kolejne. W ostatnim czasie kupiłam kilka książek i dziś chciałabym Wam je pokazać. Może znacie? Czytaliście? Podzielicie się opinią? Bo ja jestem dopiero na początku pierwszej z nich.


John Green - PAPIEROWE MIASTO

"Pewnego wieczoru w przewidywalne, nudne życie chłopaka wkracza Margo w stroju nindży i wciąga go w niezły bałagan. Po czym znika. Quentin wyrusza na poszukiwanie dziewczyny, która go fascynuje, idąc tropem skomplikowanych wskazówek, jakie zostawiła tylko dla niego. Żeby ją odnaleźć, musi pokonać setki kilometrów po USA. Po drodze przekonuje się na własnej skórze, że ludzie są w rzeczywistości zupełnie inni, niż sądzimy. Czy dowie się, kogo szuka i kim naprawdę jest Margo?" - www



Alina Krzywiec - DŁUGA ZIMA W N.

"Maria B. ma 32 lata, niepospolitą urodę, oddanego męża Miśka, którego wytrwale wpędza w poczucie winy i trzyletnią córeczkę Julkę. Ma też pięć innych wcieleń na portalach randkowych, które czasem prowadzą do szybkiego i brutalnego seksu w realnym świecie. Narcystyczna Maria B. w swoim życiu kieruje się nieracjonalnymi impulsami, którym nie potrafi się oprzeć. Wyniosłość współczesnej pani Bovary jest maską, pod którą kryje się kobieta szukająca miłości i tożsamości, niestabilna, pozbawiona poczucia własnej wartości, którą próbuje potwierdzić w ramionach obcych mężczyzn.
Mariusz K. jest listonoszem w miasteczku N. na Mazurach, który co tydzień losowo wybiera i otwiera pięć kopert. Nie dostarcza też niektórych paczek, sprzedając pokątnie ich zawartość. Kiedy Maria wraz z mężem przeprowadza się do N., listonosz już wie, że na taką kobietę czekał całe życie. Piękną i bogatą. Wie też, że chce zobaczyć strach w jej pięknych oczach. Poznając jej pewną tajemnicę, małymi kroczkami zmierza do celu…" - www


Tim Weaver - ZNIKNĘLI NA ZAWSZE

"Po ostatniej sprawie, w której omal nie zginął, David Raker – prywatny detektyw, spec od szukania zaginionych – przenosi się na angielską wieś i myśli o zmianie zawodu. Kiedy jednak o pomoc zwraca się do niego Emily, była sympatia sprzed lat, Raker nie może jej odmówić.
Sprawa jest wielce nietypowa – cała czteroosobowa rodzina zniknęła nagle, w trakcie szykowania kolacji blisko rok temu, i wszelki ślad po niej zaginął. Raker szybko ustala, że ma to związek z tajemniczą fotografią i że wszyscy, którzy ją widzieli, giną w podejrzanych okolicznościach." - www



Zadbana skóra twarzy - rady amatorki tematu

Jeszcze do niedawna nie potrafiłam dbać o swoją skórę, właściwie chyba w ogóle nie dbałam o siebie jakoś szczególnie. Moja kosmetyczka była dosyć ograniczona, a kiedy ktoś mówił "kosmetyki" to oczami wyobraźni widziałam tylko zestaw do makijażu.

Nie miałam starszej siostry, którą mogłabym podglądać, a mama nigdy nie używała wielu kosmetyków. Mówiła, że wiele ją uczula więc kiedy dobrała już najlepszy dla siebie szampon i mydło to trzyma się go do dziś. Nigdy się też nie malowała. I ja też przez większość swojego życia gdzieś tam stereotypowo myślałam, że kobiety przesadzają z tymi tonami kremów. Na zmarszczki w okolicach oczu, usta, czoło. Inny krem na ręce, inny na twarz i jeszcze jakiś na resztę ciała. Teraz pukam się w głowę i myślę jaka byłam głupia. Sama nie wiem czy dorosłam do tej wiedzy czy zmusiła mnie do tego cera. Swego czasu miałam duży problem z buzią i musiałam zacząć o nią dbać.

Zaczęło się od suchych placków na twarzy, najpierw na czole, potem na policzku. Totalnie nie wiedziałam o co chodzi i próbowałam to zwalić na uczulenie. Kiedyś znajoma mimochodem powiedziała "o Ty też masz suchą skórę? Jaki stosujesz krem?" Dobra olśniło mnie, odpowiedziałam jej coś, że nie pamiętam nazwy i zawstydzona wykręciłam się z dalszej konwersacji.  Kiedy wpadłam do domu od razu wysmarowałam się pierwszym lepszym kremem jaki miałam. A wiele ich nie było. Jakiś balsam, który dostałam na urodziny i kilka próbek z gazetek. Wmasowałam coś w buzie i dumna z siebie wyszłam z łazienki. Ależ było moje zdziwienie kiedy rano następnego dnia wcale nie było poprawy?!

Zaczęłam szukać w internecie artykułów o skórze twarzy. O tym jakie są typy, jakie są rodzaje kosmetyków i że nie tylko modelki ich używają. Potem zadzwoniła znajoma i powiedziała, że ktoś wciągnął ja na spotkanie z konsultantką firmy kosmetycznej. Fajne spotkanie z konsultantką i 10 kobietami. Miało być o malowaniu. To znaczy ja myślałam, że będzie o malowaniu bo nadal słowo "kosmetyki" kojarzyło mi się tylko z malowaniem. Najpierw byłam zawiedziona kiedy na miejscu okazało się, że będzie o kremach, peelingach i maseczkach. Ale na końcu konsultantka miała dobrać nam podkład wiec chociaż tyle dobrego. No to siedziałam, słuchałam i czekałam na ten podkład.

Podkładu się nie doczekałam... Zbyt sucha skóra, żeby cokolwiek dobierać, trzeba najpierw zadbać o suche, zaczerwienione miejsca. Najważniejsza nauka jaką wyniosłam z tego spotkania to świadomość jaki mam typ cery. Z resztą powolutku poradziłam sobie sama.

I teraz kilka rad, dzięki którym umiem sobie radzić ze skórą na buzi. Przypominam, że nie jestem kosmetyczką, ani nawet nikim z pokrewnych fachów. Wszystko co napiszę poniżej jest wyłącznie moją obserwacją i moją nauką. Nie wiem czy pomoże Tobie.

Trzy podstawowe ruchy:

Jaką mam cerę?

Jak już pisałam, moja jest sucha. I tutaj zwracam honor tym kobietom, o których myślałam śmiesznie kiedy używały tony kremów i maści. Ich przeznaczenie naprawdę ma sens. Najlogiczniejsze i najbanalniejsze - jeśli coś jest suche trzeba to nawilżyć. A żeby nawilżyć skórę to trzeba się do niej dostać. Dlatego na dzień dobry musiałam zacząć od peelingów, które pomogły mi pozbyć się suchego naskórka. Po peelingach przyszedł czas na kremy i maseczki nawilżające. Najbardziej lubię te maseczki, których nadmiaru się nie zmywa/ściąga ale wklepuje na szyję i dekolt. Bywało, że silne maseczki nawilżające, które trzeba było zmyć po 15 minutach u mnie po tym czasie znikały. Okazywało się, że skóra była tak sucha, że pochłaniała cały nadmiar maseczki.

Buzia jak ręce

Zdałam sobie sprawę, że z twarzą jest jak z dłońmi. Muszę ją myć kilka razy dziennie, nie tylko kiedy ewidentnie jest "brudna". Nie tylko po posiłku ale też po powrocie ze spaceru czy sklepu. Na dłoniach odczuwamy dyskomfort kiedy dotykamy produkty ze sklepowej póki. Twarz też to czuje.

Nie zapomnij!

Najważniejsza systematyczność. Nie od dziś wiadomo, że profilaktyka lepsza od leczenia. Peeling używam dwa razy w tygodniu, maseczki lub kremy codziennie. Delikatny krem pod make up i maseczka wieczorem. Zauważyłam, co szczerze mnie cieszy, że moja skóra wbrew pozorom nie jest wymagająca. Co prawda ta codzienna dbałość musi być zachowana ale nie muszą to wcale być drogie kosmetyki. Mogą to być nawet najprostsze kremy i najtańsza maseczka za półtorej złotego. Ważne, by celem kosmetyków było nawilżenie.




Mały Konstruktor czyli płci nie oszukasz

Kiedy w pierwszej ciąży mówiłam, że chciałabym syna ludzie dziwili się, że mam śmiałość wymyślać sobie płeć zamiast modlić się o zdrowie. W drugiej ciąży znów byli zdziwieni, tym razem dlatego, że znów chciałam syna, a przecież dużo lepsza byłaby "parka". W trzeciej ciąży dziwili się, że w ogóle mam jakiekolwiek złudzenie, że mogę mieć syna. Mam, trójkę.

Nasze chłopaki od zawsze lubili po pierwsze zabawki do konstruowania, budowania, układania, a po drugie zabawki przeznaczone dla dzieci nieco starszych. Pierwszy syn dostał swoje pierwsze lego mając trzy latka, jego rodzeństwo tym sposobem kontakt z klockami miało od urodzenia. Nikt nie wkładał małych części do buzi i nie gryzł. Budowle, samochodziki, roboty i wiele innych wspaniałości wychodziło i wychodzi spod ich rąk. Taki typ, takie geny. Takie zabawy po prostu lubią.

Chociaż klocki lego są i jeszcze długo będą numerem jeden to czasem podsuwamy chłopakom coś innego, co ich zaciekawi i pobudzi wyobraźnie. Tym razem chłopaki dostali pojazdy z serii Mały Konstruktor od firmy Alexander. Pierwsze wrażenie: WOW. I to co chłopaki lubią najbardziej czyli pojazdy, narzędzia i dużo części. Natomiast moje pierwsze pozytywne zaskoczenie to był sam fakt pojawienia się paczki - na drugi dzień od złożenia zamówienia.

Nie da się ukryć, że to trudna zabawa i nie tylko dzieci mogą się nagłowić. Potrzebne jest skupienie, brak nerwów i cierpliwość. Na początku jest duży entuzjazm bo "złożymy swoją zabawkę", takie trochę diy. Potem przychodzą pierwsze nerwy po bywa, że jedna źle wkręcona śrubka wypada i autko zwyczajnie się rozpada. I tutaj całe szczęście, że mieliśmy trzy pojazdy bo potrzebna była też wprawa. Z pierwszym pojazdem musieliśmy sobie wszystko rozplanować i nabrać techniki skręcania śrubek, ale o kolejne pojazdy już prawie biliśmy się z mężem o to kto będzie składał. Wygrałam. Zabawa była świetna.

Mogę się pochwalić, że jesteśmy bardzo zgraną rodziną. Dużo czasu spędzamy na wspólnej zabawie albo po prostu na przebywaniu z sobą. Podczas składania Małego Konstruktora mogliśmy i razem być i wspólnie pracować. Młodsze dzieciaki dzieliły elementy na mniejsze grupki, starszy według instrukcji wybierał blaszki i śrubki potrzebne do budowania kolejnej części i skręcał te prostsze, a mąż i ja zajęliśmy się tymi trudniejszymi połączeniami. To znaczy najpierw mąż, a potem stery przejęłam ja. Sama byłam zdziwiona swoim opanowaniem i tym jaką satysfakcje sprawiało mi przykręcenie kolejnej części. Już zapowiedziałam mężowi, że jak tylko w sklepach pojawi się jakaś różowa bryka to kupuję od razu:)

Dla składających mam dwie rady. Pod koniec budowania pojazdu, kiedy trzeba skręcić ze sobą kilka gotowych już części trudno wsunąć śrubkę palcami. W tym momencie bardzo pomocna jest pinceta. Druga rada to analizowanie instrukcji dwa kroki naprzód. Elementy pojazdów są kolorowe, ale tych kolorów nie ma instrukcji. Warto więc sprawdzić jaką część pojazdu właśnie konstruujecie aby w efekcie końcowym pojazd był symetrycznie kolorowy.


Straż Pożarna 998
wóz z ruchomą drabiną, 314 elementów, wiek 8+, nr produktu: 1623.











Policja 997
pojazd z otwieranym bagażnikiem, 302 elementy, wiek 8 +, nr produktu: 1622.











Pogotowie 999
pojazd z otwieranym bagażnikiem, 329 elementów, wiek 8+, nr produktu: 1624.









Więcej Małych Konstruktorów ale i inne edukacyjne zabawki znajdziecie u Alexander.
Na stronie - klik
Fanpage'u - klik
i instagramie - klik.



Dodatki pokazują osobowość

W gimnazjum i jakąś część liceum nosiłam podwiniętą nogawkę spodni. Jak Tupack. Tyle, że z amerykańskim raperem nie miałam nic wspólnego. Znałam jeden, może dwa jego utwory ale to wszystko. O co chodziło z tą nogawką nie mam pojęcia ale w okresie nastoletniego buntu załapałam taką fazę i trwała kilka lat.

Nie wiem dlaczego On podwijał nogawkę, może dlatego, że faktycznie jeździł dużo na rowerze, bo właśnie z rowerami najczęściej kojarzono moją nogawkę. Ja natomiast robiłam tak bo nikt tego nie robił. Byłam jedyna taka w gimnazjum, w liceum, na ulicach dzielnicy. Kiedy ktoś zapytał dlaczego, odpowiadałam dumnie, że jestem fanką 2packa. Dobrze, że nikt nie pytał dalej bo niczego więcej nie mogłabym powiedzieć.

Na osiemnaste urodziny zafundowałam sobie kolczyk w nosie i pożegnałam się z nogawką. Miałam już swój inny znak rozpoznawczy. I chociaż nie byłam już jedyną, która go miała to czułam się fajnie i z nim się teraz utożsamiałam. Ale czy było w nim więcej mnie? Chyba nie. Miałam go bo chciałam ale nie świadczył on o moim zamiłowaniu do kolczyków, bo takiego nie miałam. Chyba po prostu nie chciałam być nijaka. Miałam go i było spoko.

Z kolczykiem pożegnałam się po czterech latach, trzy dni przed ślubem. Zdjęłam go na tą uroczystość, a po niej nie potrafiłam już go włożyć, niespodziewanie szybko zrosła się dziurka. Chyba nawet za tym nie tęskniłam, po prostu go nie było. I razem z tym kolczykiem skończyła się moja przygoda na wyrażanie siebie w sposób nie mający sensu. Dziś wybieram rozsądniej.

Nie noszę czegoś tylko dlatego, że może mnie wyróżnić i stanę się rozpoznawalna w danym środowisku. Nie robię ze swoim wyglądem przypadkowych rzeczy i zwracam uwagę na to co zakładam, jakie mam dodatki i jak wyglądam. Dorosłam do świadomości, że lepiej być stonowaną sobą niż pstrokatą obcą.

Ubrania

Patrzę do swojej szafy i mogę wyróżnić trzy charakterystyczne rzeczy. 1 - koszule. Uwielbiam, i te luźne i te dopasowane na ważniejsze spotkania. 2 - Sukienki z kieszeniami.  Wszystkie sukienki je mają, niezależnie od tego czy to eleganckie sukienki na uroczystości czy luźne kiecki na letnie dni. Chyba lubię chować ręce. 3 - Róż. I to może wydawać się dosyć stereotypowe, że pusta blondynka itd. Ale po pierwsze za głupią się nie uważam, po drugie nie jestem blondynką. A róż lubię i nie tylko w ubraniach. I dobrze mi z tym.

Fryzura

Właściwie, to noszę tylko dwie fryzury. Domowy kok i rozpuszczone luźno włosy. Może dlatego, że tak lubię i jest to wygodne, a może dlatego że jestem posiadaczką pięknych loków i właściwie nie trzeba wiele żeby ładnie wyglądały. Ale zdecydowanie te dwie fryzury są u mnie best ever. Nie zobaczycie mnie z warkoczem czy końskim ogonem. 

Biżuteria

Od czasów rozstania się z kolczykiem w nosie zaczęłam nosić drobną biżuterię. Nie dlatego, że celowo tak wybieram ale taka naprawdę zaczęła mi się podobać. I srebrna. Jedyna złota biżuteria jaką mam to obrączka. Srebro nie rzuca się w oczy, a jednak jest zauważalne. Wydaje się być delikatniejsze i nie krzyczy z daleka jestem! I zdecydowanie lepiej komponuje się w różne kolory ubrań. Nie noszę też zbyt dużo biżuterii. Na uroczystość typu wesela zakładam wiszące kolczyki i dopasowany łańcuszek. Na co dzień kolczyków nie noszę wcale, a na nadgarstku lubię bransoletki sznurkowe z małym srebrnym dodatkiem. Dziś patrzę na swoją rękę i widzę na nim piękne, delikatne dodatki. Moje ukochane piórko, które prócz tego że jest teraz modne to naprawdę mogę się za nim utożsamić. Piórkowi towarzyszy kwiatuszek z mieniącym się oczkiem. Zestaw od Wzorowo naprawdę jest jednym z tych, o których pisałam wyżej. Nie krzyczy, a i tak go widać. Bawełniane sznureczki są nieodczuwalne dla skóry nadgarstka, a zawieszki z metalu i cyny lekkie. Ich delikatny wygląd sprawia, że komponują się ładnie nawet przy eleganckich, wizytowych strojach typu marynarka.


 







Bransoletki z takimi ale i innymi zawieszkami znajdziecie u Wzorowo.

Fanpage - klik
instagram - już wkrótce

Walentynki przeniesione


Serca, serduszka, czerwone paznokcie, różowe torciki i inne miłosne gadżety, które wypełniają półki w sklepach.
Ładnie, miło ale u nas walentynki przeniesione.


Dobra luz sensacji nie będzie, nie ma rozwodu i tego typu akcji. Po prostu mąż w pracy. Strażacka służba jak wiadomo trwa 24 godziny więc jak mąż wyszedł z domu dziś rano o 7:00 to wróci dopiero jutro rano. Walentynki zostały przeniesione. Były wczoraj. I nawet lepiej bo dziś Środa Popielcowa, czyli post ścisły. Szału romantyczną kolacją i deserem byśmy nie zrobili, poza tym dziś też najstarszy syn ma wizytę u logopedy, a średni trening piłki. Pewnie więc minęlibyśmy się dziś, a wieczorem padli razem z zajściem słońca i byłoby po walentynkach. No i wczoraj czułam się super, a dziś po przebudzeniu fatalnie, chyba zaczyna się jakieś przeziębienie.

A jak jest co roku? 

Każdego roku walentynki wyglądają podobnie czyli czekoladki, kartka z miłosnym wyznaniem i kwiatek. Nie wręczone osobiście no bo jak, walentynek się nie daje z ręki do ręki, i nie podpisuje. Anonimowość konieczna! Zawsze gdzieś ją znajdę, a to w sypialni koło łóżka, a to pod talerzem przy śniadaniu. Była też jednego razu koło żelazka, o tak romantycznie.

Taka bardziej romantyczna część dnia zaczyna się dopiero wieczorem kiedy dzieciaki zasypiają. Mąż gotuje wtedy spaghetti, to nasze danie. Robił je w każdą rocznicę naszego poznania i w jakiś ważnych okolicznościach. Jeszcze za czasów panieńsko - kawalerskich w akademiku. Jedni mają swoją piosenkę lub miejsce, a my mamy potrawę. Chociaż miejsce też, ale o tym napiszę innym razem.

Czy zawsze zostajemy w domu? Tak, przynajmniej od czasu kiedy mamy dzieci. Nasi rodzice i znajomi też mają przecież swoje walentynkowe święto więc absolutnie nikomu nie chcemy wtedy zostawiać chłopaków. W końcu każdy zasługuje na romantyczny dzień, a już na pewno wieczór.

Obchodzimy? 

No jasne, i o tym właściwie powinnam napisać na początku. Pewnie, że obchodzimy, a teksty typu "kochać trzeba się codziennie" wcale mnie nie zniechęcają. Wiadomo, że kochać i okazywać sobie uczucia trzeba cały rok ale nie zawsze jest ten czas by o tym porozmawiać, by usiąść razem nie tylko po to by zaplanować kolejny miesiąc w kalendarzu czy rodzinny budżet. Co prawda nie dmuchamy czerwonym balonów w kształcie serce i nie wypełniamy nimi całego domu, wanny też nie zapełniamy szampanem i płatkami róż, ale taki drobny gest jak walentynkowa kartka i kolacja przy świecach to naprawdę wspaniały pomysł. I tak sobie myślę czy, Ci którzy nie obchodzą walentynek, a są w związku naprawdę traktują ten dzień jak każdy inny? Serio? Dlaczego?



gimpelife © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka