Menu

Mały Konstruktor czyli płci nie oszukasz

Kiedy w pierwszej ciąży mówiłam, że chciałabym syna ludzie dziwili się, że mam śmiałość wymyślać sobie płeć zamiast modlić się o zdrowie. W drugiej ciąży znów byli zdziwieni, tym razem dlatego, że znów chciałam syna, a przecież dużo lepsza byłaby "parka". W trzeciej ciąży dziwili się, że w ogóle mam jakiekolwiek złudzenie, że mogę mieć syna. Mam, trójkę.

Nasze chłopaki od zawsze lubili po pierwsze zabawki do konstruowania, budowania, układania, a po drugie zabawki przeznaczone dla dzieci nieco starszych. Pierwszy syn dostał swoje pierwsze lego mając trzy latka, jego rodzeństwo tym sposobem kontakt z klockami miało od urodzenia. Nikt nie wkładał małych części do buzi i nie gryzł. Budowle, samochodziki, roboty i wiele innych wspaniałości wychodziło i wychodzi spod ich rąk. Taki typ, takie geny. Takie zabawy po prostu lubią.

Chociaż klocki lego są i jeszcze długo będą numerem jeden to czasem podsuwamy chłopakom coś innego, co ich zaciekawi i pobudzi wyobraźnie. Tym razem chłopaki dostali pojazdy z serii Mały Konstruktor od firmy Alexander. Pierwsze wrażenie: WOW. I to co chłopaki lubią najbardziej czyli pojazdy, narzędzia i dużo części. Natomiast moje pierwsze pozytywne zaskoczenie to był sam fakt pojawienia się paczki - na drugi dzień od złożenia zamówienia.

Nie da się ukryć, że to trudna zabawa i nie tylko dzieci mogą się nagłowić. Potrzebne jest skupienie, brak nerwów i cierpliwość. Na początku jest duży entuzjazm bo "złożymy swoją zabawkę", takie trochę diy. Potem przychodzą pierwsze nerwy po bywa, że jedna źle wkręcona śrubka wypada i autko zwyczajnie się rozpada. I tutaj całe szczęście, że mieliśmy trzy pojazdy bo potrzebna była też wprawa. Z pierwszym pojazdem musieliśmy sobie wszystko rozplanować i nabrać techniki skręcania śrubek, ale o kolejne pojazdy już prawie biliśmy się z mężem o to kto będzie składał. Wygrałam. Zabawa była świetna.

Mogę się pochwalić, że jesteśmy bardzo zgraną rodziną. Dużo czasu spędzamy na wspólnej zabawie albo po prostu na przebywaniu z sobą. Podczas składania Małego Konstruktora mogliśmy i razem być i wspólnie pracować. Młodsze dzieciaki dzieliły elementy na mniejsze grupki, starszy według instrukcji wybierał blaszki i śrubki potrzebne do budowania kolejnej części i skręcał te prostsze, a mąż i ja zajęliśmy się tymi trudniejszymi połączeniami. To znaczy najpierw mąż, a potem stery przejęłam ja. Sama byłam zdziwiona swoim opanowaniem i tym jaką satysfakcje sprawiało mi przykręcenie kolejnej części. Już zapowiedziałam mężowi, że jak tylko w sklepach pojawi się jakaś różowa bryka to kupuję od razu:)

Dla składających mam dwie rady. Pod koniec budowania pojazdu, kiedy trzeba skręcić ze sobą kilka gotowych już części trudno wsunąć śrubkę palcami. W tym momencie bardzo pomocna jest pinceta. Druga rada to analizowanie instrukcji dwa kroki naprzód. Elementy pojazdów są kolorowe, ale tych kolorów nie ma instrukcji. Warto więc sprawdzić jaką część pojazdu właśnie konstruujecie aby w efekcie końcowym pojazd był symetrycznie kolorowy.


Straż Pożarna 998
wóz z ruchomą drabiną, 314 elementów, wiek 8+, nr produktu: 1623.











Policja 997
pojazd z otwieranym bagażnikiem, 302 elementy, wiek 8 +, nr produktu: 1622.











Pogotowie 999
pojazd z otwieranym bagażnikiem, 329 elementów, wiek 8+, nr produktu: 1624.









Więcej Małych Konstruktorów ale i inne edukacyjne zabawki znajdziecie u Alexander.
Na stronie - klik
Fanpage'u - klik
i instagramie - klik.



Dodatki pokazują osobowość

W gimnazjum i jakąś część liceum nosiłam podwiniętą nogawkę spodni. Jak Tupack. Tyle, że z amerykańskim raperem nie miałam nic wspólnego. Znałam jeden, może dwa jego utwory ale to wszystko. O co chodziło z tą nogawką nie mam pojęcia ale w okresie nastoletniego buntu załapałam taką fazę i trwała kilka lat.

Nie wiem dlaczego On podwijał nogawkę, może dlatego, że faktycznie jeździł dużo na rowerze, bo właśnie z rowerami najczęściej kojarzono moją nogawkę. Ja natomiast robiłam tak bo nikt tego nie robił. Byłam jedyna taka w gimnazjum, w liceum, na ulicach dzielnicy. Kiedy ktoś zapytał dlaczego, odpowiadałam dumnie, że jestem fanką 2packa. Dobrze, że nikt nie pytał dalej bo niczego więcej nie mogłabym powiedzieć.

Na osiemnaste urodziny zafundowałam sobie kolczyk w nosie i pożegnałam się z nogawką. Miałam już swój inny znak rozpoznawczy. I chociaż nie byłam już jedyną, która go miała to czułam się fajnie i z nim się teraz utożsamiałam. Ale czy było w nim więcej mnie? Chyba nie. Miałam go bo chciałam ale nie świadczył on o moim zamiłowaniu do kolczyków, bo takiego nie miałam. Chyba po prostu nie chciałam być nijaka. Miałam go i było spoko.

Z kolczykiem pożegnałam się po czterech latach, trzy dni przed ślubem. Zdjęłam go na tą uroczystość, a po niej nie potrafiłam już go włożyć, niespodziewanie szybko zrosła się dziurka. Chyba nawet za tym nie tęskniłam, po prostu go nie było. I razem z tym kolczykiem skończyła się moja przygoda na wyrażanie siebie w sposób nie mający sensu. Dziś wybieram rozsądniej.

Nie noszę czegoś tylko dlatego, że może mnie wyróżnić i stanę się rozpoznawalna w danym środowisku. Nie robię ze swoim wyglądem przypadkowych rzeczy i zwracam uwagę na to co zakładam, jakie mam dodatki i jak wyglądam. Dorosłam do świadomości, że lepiej być stonowaną sobą niż pstrokatą obcą.

Ubrania

Patrzę do swojej szafy i mogę wyróżnić trzy charakterystyczne rzeczy. 1 - koszule. Uwielbiam, i te luźne i te dopasowane na ważniejsze spotkania. 2 - Sukienki z kieszeniami.  Wszystkie sukienki je mają, niezależnie od tego czy to eleganckie sukienki na uroczystości czy luźne kiecki na letnie dni. Chyba lubię chować ręce. 3 - Róż. I to może wydawać się dosyć stereotypowe, że pusta blondynka itd. Ale po pierwsze za głupią się nie uważam, po drugie nie jestem blondynką. A róż lubię i nie tylko w ubraniach. I dobrze mi z tym.

Fryzura

Właściwie, to noszę tylko dwie fryzury. Domowy kok i rozpuszczone luźno włosy. Może dlatego, że tak lubię i jest to wygodne, a może dlatego że jestem posiadaczką pięknych loków i właściwie nie trzeba wiele żeby ładnie wyglądały. Ale zdecydowanie te dwie fryzury są u mnie best ever. Nie zobaczycie mnie z warkoczem czy końskim ogonem. 

Biżuteria

Od czasów rozstania się z kolczykiem w nosie zaczęłam nosić drobną biżuterię. Nie dlatego, że celowo tak wybieram ale taka naprawdę zaczęła mi się podobać. I srebrna. Jedyna złota biżuteria jaką mam to obrączka. Srebro nie rzuca się w oczy, a jednak jest zauważalne. Wydaje się być delikatniejsze i nie krzyczy z daleka jestem! I zdecydowanie lepiej komponuje się w różne kolory ubrań. Nie noszę też zbyt dużo biżuterii. Na uroczystość typu wesela zakładam wiszące kolczyki i dopasowany łańcuszek. Na co dzień kolczyków nie noszę wcale, a na nadgarstku lubię bransoletki sznurkowe z małym srebrnym dodatkiem. Dziś patrzę na swoją rękę i widzę na nim piękne, delikatne dodatki. Moje ukochane piórko, które prócz tego że jest teraz modne to naprawdę mogę się za nim utożsamić. Piórkowi towarzyszy kwiatuszek z mieniącym się oczkiem. Zestaw od Wzorowo naprawdę jest jednym z tych, o których pisałam wyżej. Nie krzyczy, a i tak go widać. Bawełniane sznureczki są nieodczuwalne dla skóry nadgarstka, a zawieszki z metalu i cyny lekkie. Ich delikatny wygląd sprawia, że komponują się ładnie nawet przy eleganckich, wizytowych strojach typu marynarka.


 







Bransoletki z takimi ale i innymi zawieszkami znajdziecie u Wzorowo.

Fanpage - klik
instagram - już wkrótce

Walentynki przeniesione


Serca, serduszka, czerwone paznokcie, różowe torciki i inne miłosne gadżety, które wypełniają półki w sklepach.
Ładnie, miło ale u nas walentynki przeniesione.


Dobra luz sensacji nie będzie, nie ma rozwodu i tego typu akcji. Po prostu mąż w pracy. Strażacka służba jak wiadomo trwa 24 godziny więc jak mąż wyszedł z domu dziś rano o 7:00 to wróci dopiero jutro rano. Walentynki zostały przeniesione. Były wczoraj. I nawet lepiej bo dziś Środa Popielcowa, czyli post ścisły. Szału romantyczną kolacją i deserem byśmy nie zrobili, poza tym dziś też najstarszy syn ma wizytę u logopedy, a średni trening piłki. Pewnie więc minęlibyśmy się dziś, a wieczorem padli razem z zajściem słońca i byłoby po walentynkach. No i wczoraj czułam się super, a dziś po przebudzeniu fatalnie, chyba zaczyna się jakieś przeziębienie.

A jak jest co roku? 

Każdego roku walentynki wyglądają podobnie czyli czekoladki, kartka z miłosnym wyznaniem i kwiatek. Nie wręczone osobiście no bo jak, walentynek się nie daje z ręki do ręki, i nie podpisuje. Anonimowość konieczna! Zawsze gdzieś ją znajdę, a to w sypialni koło łóżka, a to pod talerzem przy śniadaniu. Była też jednego razu koło żelazka, o tak romantycznie.

Taka bardziej romantyczna część dnia zaczyna się dopiero wieczorem kiedy dzieciaki zasypiają. Mąż gotuje wtedy spaghetti, to nasze danie. Robił je w każdą rocznicę naszego poznania i w jakiś ważnych okolicznościach. Jeszcze za czasów panieńsko - kawalerskich w akademiku. Jedni mają swoją piosenkę lub miejsce, a my mamy potrawę. Chociaż miejsce też, ale o tym napiszę innym razem.

Czy zawsze zostajemy w domu? Tak, przynajmniej od czasu kiedy mamy dzieci. Nasi rodzice i znajomi też mają przecież swoje walentynkowe święto więc absolutnie nikomu nie chcemy wtedy zostawiać chłopaków. W końcu każdy zasługuje na romantyczny dzień, a już na pewno wieczór.

Obchodzimy? 

No jasne, i o tym właściwie powinnam napisać na początku. Pewnie, że obchodzimy, a teksty typu "kochać trzeba się codziennie" wcale mnie nie zniechęcają. Wiadomo, że kochać i okazywać sobie uczucia trzeba cały rok ale nie zawsze jest ten czas by o tym porozmawiać, by usiąść razem nie tylko po to by zaplanować kolejny miesiąc w kalendarzu czy rodzinny budżet. Co prawda nie dmuchamy czerwonym balonów w kształcie serce i nie wypełniamy nimi całego domu, wanny też nie zapełniamy szampanem i płatkami róż, ale taki drobny gest jak walentynkowa kartka i kolacja przy świecach to naprawdę wspaniały pomysł. I tak sobie myślę czy, Ci którzy nie obchodzą walentynek, a są w związku naprawdę traktują ten dzień jak każdy inny? Serio? Dlaczego?



Są ferie! Jest śnieg!

Zima w naszym kraju wygląda jak wygląda. Na palcach jednej ręki mogę policzyć ile razy w naszym mieście spadł śnieg, z którego udałoby się ulepić porządną śnieżkę. No już nie myślę nawet o bałwanie. Dlatego kiedy zbliżały się ferie, a mąż przy śniadaniu zapytał gdzie chcemy pojechać, jednogłośnie krzyknęliśmy - do śniegu!

Najpierw trochę się przestraszyliśmy, że przecież już styczeń i pewnie wszystkie fajne miejsca w polskich górach zarezerwowane ale mieliśmy szczęście. Drugi numer pod który zadzwoniliśmy okazał się mieć wolne noclegi w terminie, który mieliśmy zaplanowany na wyjazd. Dostaliśmy piękny domek. Zapach drewna, kominek, przytulny salon z ciepłymi kocami. Wyposażona  kuchnia, pokoje z łazienkami i kosz zabawek. I widok z okna. Cudowny widok.

Pojechaliśmy do Wisły. Domek mieliśmy na szczycie góry także podwójna przyjemność bo i widok z góry przepiękny i atrakcja jaką jest wjazd i zjazd. No i śnieg! Był! Dopisał w stu procentach. Wystarczająco by zjeżdżać na nartach i sankach i wystarczająco by założyć okulary przeciwsłoneczne. Dzieciaki najwięcej zabawy miały nie podczas atrakcji ale po prostu wychodząc rano przed domek i lepiąc bałwana, rzucając się śnieżkami czy zwyczajnie turlać się i robić orzełki. Dlatego też w dół do miasta zjeżdżaliśmy dopiero po drugim śniadaniu, a jak jak planowaliśmy po pierwszym.

Udało nam się w ciągu tych kilku dni pojechać na skocznię im. Adama Małysza i do Lasu Niespodzianek gdzie między zwiedzającymi spacerowały zwierzęta. Był też wyciąg, stoki i basen. A ostatniego dnia w drodze do domu zatrzymaliśmy się z Żorach w Muzeum Ognia. Serdecznie polecam jeśli będziecie w tamtych stronach.

Nie będę Was zanudzała opowieściami jak cieszymy się, że udało nam się pojechać w tym zimowym terminie. Każdy kto ma dzieci wie jaką radością są dla nich zabawy w śniegu. Ale powiem Wam, że ja też tego potrzebowałam. Jednak organizm ma potrzebę odczuwania czterech pór roku. Wyraźnie musi być różnica między upalnym latem i mroźną zimą. I chociaż trochę śniegu w naszym mieście popadało to jednak absolutnie nie można tego porównać. Musieliśmy pojechać na ferie i pozacierać ręce z zimna czekając w kolejce na wyciąg, a potem wrócić do domku i rozgrzać przy kominku zmarznięte noski, żeby poczuć tą prawdziwą zimę.

Teraz kiedy słyszę od znajomych, że wychodzi słońce i chyba już powoli robi się wiosna, myślę sobie "a proszę bardzo niech jest wiosna, bo my już swoją zimę mieliśmy". 




Czas na analizę postanowień noworocznych

Strzeliła już połowa stycznia i najwyższy czas, by przeanalizować spisane w grudniu postanowienia. Bo tak właśnie robię, w grudniu spisuję, a w połowie stycznia znam już swój zapał, swoje możliwości i logicznie szacuję co z listy uda się zrealizować, a co było wpisane pod presją chwili "bo trzeba zrobić postanowienia".


A postanowień jest sporo, naprawdę bardzo dużo bo w tym roku lista wyglądała inaczej, a konkretnie to były dwie listy. Pierwsza nietykalna, której na pewno nie zmienię  i niczego z niej nie wykreślę. To lista miejsc, do których w tym roku chcę pojechać. Pojechać bo dawno w nich nie byłam, bo nie byłam wcale albo nie były w nich moje dzieci. Poza tym są takie miejsca, które moim zdaniem trzeba odwiedzać co jakiś czas tak dla zasady. Żeby nie zapomnieć jak wyglądają, żeby założyć w końcu tą małą czarną, żeby znaleźć się w innym otoczeniu niż zazwyczaj. I tym się kierując lista zrobiła się długa bo na ponad 40 miejsc. Są na niej np muzeum, filharmonia, teatr. Albo coś bardziej luźnego jak kino, pizzeria, dzielnicowy festyn. Jest też coś dla dzieci między innymi basen, wesołe miasteczko, cyrk (chociaż tutaj ciężko będzie znaleźć taki bez zwierząt). No i nauka czyli oceanarium, planetarium i muzeum ognia. Poza tym wymyśliłam sobie mecze. W życiu byłam tylko na meczu piłki ręcznej i nożnej. Fajnie było by zobaczyć na żywo np mecz koszykówki czy hokeja. Mam nadzieje, że te wymienione miejsca i te pozostałe uda nam się odwiedzić. Przyznam się po cichu, że byliśmy już na dyskotece, takiej prawdziwej z kolorowymi światełkami i dymem, poczułam się znowu jakbym miała naście lat.

Druga lista postanowień jest taka standardowa jaką spisywałam zawsze i jaką każdy z Was zapewne spisuję. Typowe: schudnę, znajdę sobie pasje, przestanę otaczać się ludźmi, którzy tylko marnują mój czas, zacznę prowadzić zdrowy tryb życia i tak dalej. No i tutaj właśnie dodane do wpisu zdjęcie nie jest przypadkowe.

Po analizie kilka postanowień niestety odpadło. A może i stety? Lepiej mieć kilka i o nie dbać niż całą litanie i się gubić. U mnie więc ostatecznie zostało niewiele. Raptem pięć. Pozwolicie, że te prywatniejsze zostawię dla siebie ale postanowieniem o zmianie diety mogę się z Wami podzielić. Pochwalić. Właściwie to nie chodzi tylko o zmianę odżywiania ale o cały tryb życia. Lepsza dieta, czas na powietrzu, mniej alkoholu, wysiłek fizyczny. Co roku padały takie postanowienia i co roku właśnie w po pierwszych trzech dniach dawałam za wygraną. Dlatego teraz z postanowieniami ostatecznymi poczekałam właśnie do połowy stycznia. Już nie co więcej wiem, pierwsze zachłyśnięcia się nowym rokiem opadły, wróciło myślenie codzienne a nie świąteczne i jestem pewna, że dam radę. Zapisałam się na zajęcia zumby, odrzuciłam alkohol, słodycze jem raz na dwa dni, piję więcej wody. A i dodatkowo zapisałam się na spotkanie z Anią Lewandowską, które będzie w kwietniu we Wrocławiu. Mija trzeci tydzień stycznia, a ja mam na wadzę prawie 4 kg mniej. Nawet nie wiecie jak się cieszę. W końcu się udało ruszyć z kanapy i w końcu mam motywację na dalsze zrzucanie.

A jak Wy spisujecie postanowienia? W grudniu? A może tak jak ja analizujecie wcześniej spisaną listę jakiś czas po jej spisaniu? Pochwalcie się.


Otulam się zapachem Le Petit Marseillais

Od zawsze mam szczęście w grach. Wygrywałam w życiu już tyle razy, że przestałam liczyć. Przedmioty, bony, wejściówki, bilety... Pierwszy raz wygrałam sto złotych w totolotka, kiedy miała siedem lat, a ostatni raz wczoraj w jakieś zdrapce, które leżały przy kasie w supermarkecie i kupiłam bo ekspedientka nie miała wydać złotówki. Tyle własnie kosztowała zdrapka.

Jakiś czas temu postanowiłam sprawdzić czy będę miała też szczęście w innego rodzaju dziedzinach i zgłosiłam się jako ambasadorka w firmie Le Petit Marseillais. Kilka dni później dostałam meila, że została wysłana do mnie paczka.

Strasznie się ucieszyłam, już sam fakt otrzymania paczki i ta ciekawość podczas otwierania była ekscytująca. Jeszcze zanim dotarłam do zawartości byłam pod wrażeniem pudełka. Było na tyle mocne, że od razu dzieciaki zabrały do swojego pokoju na zabawki. Ale do rzeczy. W środku znajdował się żel pod prysznic o zapachu truskawki. Słodki, jednocześnie odświeżający. Używając go podczas wieczornej kąpieli, rano nadal czułam na skórze zapach truskawki. 400 mililitrowa buteleczka. Plus aż 20 próbek do rozdania znajomym. To naprawdę sporo. No i dodatkowo, w sam raz dla herbaciarki jaką jestem - zaparzacz do herbaty w kształcie truskawki.

Po miesiącu dostałam wiadomość o kolejnych poszukiwaniach ambasadorek. Wypełniłam ankietę, która składała się z kilku pytań i znów się udało. Tym razem dostałam zestaw dwóch dezodorantów i żelów pod prysznic. Jednym kompletem ambasadorka miała podzielić się z przyjaciółką. Tak też zrobiłam. Podarowałam dezodorant i żel o zapachu kwiatu pomarańczy, a sobie zostawiłam brzoskwinię. Mój żel błyskawicznie się skończył ponieważ był mniejszy niż poprzedni  truskawkowy, natomiast dezodorant mam już miesiąc i szacuję, że jest jeszcze połowa pojemnika. Doskonale chroni, przynajmniej na tyle na ile wymagają tego moje potrzeby i bardzo długo utrzymuje się zapach.

Jestem bardzo zadowolona z kosmetyków, biorąc pod uwagę ich skład, zapach i delikatność w skali od 1 do 10 oceniam całość na mocną ósemkę. Mam nadzieje, że uda mi się jeszcze zostać ambasadorką i będę mogła podzielić się z Wami kolejnymi nowościami. Zresztą same też możecie spróbować. Wystarczy, że zarejestrujecie się na stronie Le Petit Marseillais i wypełnicie ankietę. Następnie czekacie na nabór do kampanii i trzymacie kciuki za wybór. Polecam!

Jeśli jesteście ciekawi opinii innych ambasadorek, szukajcie na portalach społecznościowych #lepetitmarseillais  #swiezosclpm #ambasadorkalpm 



Blogmas 2017 - prezenty

Witam w trzeciej i ostatniej części blogmasa. Święta już za nami, cieszymy się okresem świątecznym, który nam pozostał i upominkami, które otrzymaliśmy. Właśnie w tym celu do Was dzisiaj piszę, aby podzielić się prezentami jakie znaleźliśmy w tym roku pod choinką.



Czym kierowaliśmy się robiąc sobie prezenty? Różnie, część to spełnienie marzeń (i tu głównie chodzi o dzieci), a reszta to kwestia potrzeb lub zainteresowań.

Zabawki

Dzieciaki dostały zabawki, wiadoma sprawa. Mają swoje ulubione pojazdy z niemieckiej formy Bruder i przy każdej prezentowej okazji właśnie o tym marzą. Ok, jeszcze o lego, ale klocki zostawiliśmy sobie na urodziny bo nie mogliśmy sobie wyobrazić, żeby koło godziny 18:00 tuż po wieczerzy wigilijnej nagle zacząć składać trzy ogromne zestawy lego, to byłoby niemożliwe by zdążyć przed północą:) Wracając do pojazdów, to dzieciaki mają swoje katalogi i na bieżąco zaznaczają tam co chciałyby dostać tak więc nie było problemu, wystarczyło zerknąć:)


Książka

Jestem molem książkowym + ostatni kwartał poprzedniego roku moje ręce trzymały głównie książki Jojo Moyes więc nie trzeba było długo się zastanawiać żeby odgadnąć jaki prezent pod choinką mnie ucieszy. Kolejna książka tej autorki zagościła na półce.


Spieniacz do mleka

Mówiłam Wam już, że pomimo swoich 30 lat na karku kawę piję dopiero od trzech lat? I to jedną co drugi dzień. Gdy jest okazja albo po prostu kiedy opije mi się herbata. Lubię wtedy napić się czegoś delikatnego, z cukrem i mlekiem. I chyba właśnie dlatego dostałam spieniacz. Kawa smakuje o wiele delikatniej no i nie muszę Wam chyba mówić jak ładnie prezentuje się na zdjęciach instagramu;)


Gitara

Długo zastanawiałam się nad prezentem dla męża. Z jednej strony ma wiele zainteresowań ale też wiele gadżetów związanych ze swoimi zainteresowaniami już posiada. Ciężko było wymyślić prezent i kiedy byłam już zrezygnowana i chciałam się poddać zobaczyłam jakiś instastories, w który pewna kobieta pokazywała swój wynajęty domek podczas rodzinnego wypadu. Dodała podkład muzyczny, kilka szarpnięć strun gitary akustycznej. I to był strzał w dziesiątkę. Mój mąż w czasach licealnych i studenckich miał zespół rockowy, w którym grał na różnych instrumentach. Poza tym ma dobrą rękę do instrumentów więc nie wahałam się ani chwili. Na wiele instrumentów trzeba mieć albo miejsce w domu albo większość ilość pieniędzy, a taka gitara z dobry rąk okazała się trafiona.


Kubek i toster

Standardowo coś do kuchni musi być, bo łatwo i szybko. I przecież każdy coś do kuchni potrzebuje, a Panie domu to już na pewno wiedzą, że nawet jeśli aktualnie czegoś nie potrzebują to na półce stać sobie może bo w końcu się przyda. Kierując się tym tropem ale też faktem, że moi rodzice tuż przed świętami zakończyli remont kuchni gdzie totalnie zmienili kolorystykę, nie było wątpliwości co kupujemy. Coś pod kolor! Kuchnia miała wcześniej tysiące barw, teraz jest kremowo biała. Wystarczyło wejść do sklepu z akcesoriami do kuchni i wybrać coś z tym kolorze. Wybór padł z toster ponieważ rodzice uwielbiają grzanki, a toster stoi na blacie więc nowe, ładne, estetyczne jest strzałem w dziesiątkę.

A co Wy znaleźliście pod choinką?

Blogmas 2017 - gwiazdki diy

Od kilku lat coraz bardziej zaskakują mnie ceny ozdób na świąteczną choinkę. Bombki można kupić już po kilka groszy, dosłownie - kilka groszy i to te szklane. Łańcuchy, kolorowe i delikatne też nie odstraszają już ceną. Jestem przekonana, że głównym powodem obniżki cen jest fakt, że mają mocną konkurencje.

Jak można zauważyć, hitem ostatnich lat są przedmioty robione własnoręcznie. I takie np aniołki z masy solnej czy łosie z orzechów fistaszkowych są bardzo mile widziane na choince. To, że coś jest robione ręcznie i czasem jeszcze nie zbyt umiejętnie nie znaczy, że jest brzydkie i nie wygada schludnie. Nawet taka krzywo pomalowana bombka czy źle sklejony łańcuszek, jeśli jest w dopasowanej, przewodniej kolorystyce będzie prezentował się pięknie na zielonych gałązkach, a w całości nasze drzewko będzie wyglądało wspaniale.

I ja wciągnęłam się w tą modę robienia samodzielnie różnych ozdób do domu. W tym roku pierwszy raz bawiłam się w tworzenie ozdób świątecznych. Głównie dlatego, że najstarszy syn jest pierwszakiem i trzeba było przygotować coś na świąteczny, szkolny kiermasz. Najpierw zrobiłam świeczniki ze słoików (możecie je zobaczyć na instagramie), a potem wpadłam jeszcze na pomysł gwiazdek. Banalne, chyba nie ma łatwiejszych ozdób na choinkę. Potrzebowałam do tego tylko wykałaczek i kleju na gorąco. Wykałaczki dostępne są w każdym sklepie i na pewno nie będziecie mieli problemu z ich kupieniem, natomiast pistolet i klej hmmm nawet jeśli nie macie to kupcie koniecznie. To  jeden z moich ulubionych sprzętów w domu. To czego mąż nie zrobi wiertarką, to ja spokojnie przykleję na klej. Taki dobry pistolet (przeważnie już z kilkoma pałkami kleju) można kupić nawet za 50 zł. Uważam, że warto.




Przechodząc do konkretów - zadanie jest proste. Wystarczy ułożyć pięć wykałaczek w kształt gwiazdy i skleić ze sobą łączące się końce. Ja potrzebowałam zrobić najpierw około 10 gwiazdek, żeby nabrać wprawy, wiedzieć ile kleju dodać, żeby nie było za dużo ale żeby się skleiło i trzymało gwiazdkę z całości. I mniej więcej koło dziesiątej gwiazdki przestałam kleić sobie palce:) Gwiazdka gotowa? To teoretycznie jeszcze nitka lub sznureczek i ozdoba gotowa do zawieszenia na choinkę. Gwiazdki, które oddałam na kiermasz spryskałam czerwonym i złotym sprayem żeby przyciągały uwagę, ale te robione na naszą choinkę zostają w naturalnym, drewnianym kolorze. Proste i piękne.

A jakie Wy robiliście ozdoby w tym roku?
gimpelife © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka