Menu

Mój sposób na spędzenie wolnego czasu

Kilka dni temu podzieliłam się z Wami moimi sposobami na odreagowanie stresów i naładowanie baterii. Dzisiaj opowiem Wam jak spędzam czas, który coraz częściej udaje mi się wygospodarować i który tak naprawdę nie tylko matkom ale każdemu człowiekowi się należy.

Pisałam już kilkakrotnie, że nie mam zbyt wiele tego czasu dla siebie w ciągu dnia. Są dzieci, jest dom, obowiązki, a i z mężem chciałabym spędzić kilka chwil sam na sam. Zresztą nie ma się co rozpisywać, każda matka dobrze wie o co chodzi. Przez ostatnie lata, kilka razy zmieniałam sposób spędzania wolnego czasu. Chyba w zależności od możliwości czasowych i wewnętrznych potrzeb. Jeszcze kiedy mieliśmy jedno dziecko to musiałam koniecznie wyjść domu żeby zapełnić wolne chwile, nie lubiłam zostawać w czterech ścianach. Musiałam spotkać się z ludźmi. Z biegiem czasu widzę, że to była chyba wewnętrzna potrzeba pokazania sobie, że chociaż mam dziecko to mam czas aby wyjść. Chyba chciałam utożsamić się z tymi "dobrymi" radami z kolorowych gazet dla nowo upieczonych mam. W każdym numerze był przynajmniej jeden artykuł typu "zrób coś dla siebie", "wyjdź z domu"  albo "dziecko nie zmienia Twojego życia". Miałam na to ochotę i czas więc dlaczego by tego nie robić?

Teraz kiedy mam trójkę dzieci i jestem na etapie cieszenia się, kiedy na czas zaleję sobie kawę i jeszcze w miarę ciepłą wypiję. Nadal spotykam się ze znajomymi, często wychodzę, oni wpadają do mnie ale to już nie jest taka potrzeba "mam chwile wolną to muszę wyjść". Spotykam się kiedy naprawdę mam chęć. A nie zawsze mam. Czasem wole wykorzystać ją na samotność, kawę i książkę (chociaż ciężko powiedzieć, że z książką jest się samotnym). Bardzo dobrze czuję się ostatnio w towarzystwie papierowych bohaterów. Mniej więcej od półtorej roku, czyli od czasu kiedy najmłodszy z synów potrafił zająć się zabawkami i nie byłam mu potrzebna non stop w ciągu dnia.

Pamiętam, że takie pierwsze chwile dla siebie odnajdywałam rano, koło godziny ósmej, zaraz po wspólnym śniadaniu kiedy chłopaki wyspani, najedzeni i wypoczęci mieli dużo ochoty na zabawę. Po śniadaniu około godziny siedzieli w swoim pokoju zajęci zabawą. Ja w tym czasie sprzątałam kuchnię, wrzucałam pranie do pralki, robiłam kawę i zostawało mi jakieś 40 minut ciszy. A ponieważ nie wszystkie dzieci budzą się tak wcześnie jak moje to nie było mowy, żeby o tej porze wpadać w odwiedziny na kawę. Nie pamiętam kiedy pierwszy raz sięgnęłam po książkę.

Pierwszy raz to oczywiście napisane trochę nad wyraz bo książki czytać lubiłam zawsze. Od podstawówki dwa razy w tygodniu chodziłam do biblioteki i tak zostało mniej więcej do matury. Potem odstawiłam je bok. Nie wiem czy dlatego, że odeszły mi chęci do czytania, czy nie miałam czasu zajęta miłością, studiami i początkiem studenckiego życia. Faktem jest, że mniej więcej półtora roku temu po książkę sięgnęłam drugi "pierwszy raz". Spodobało mi się.

Przypomniałam sobie jak cudownie jest zatopić się w powieści, w cudzym życiu, w cudzym ciele. Przeżywać te same co bohater emocje i nie móc oderwać się od czytania. Wiem, że to może nie brzmieć powalająco dla kogoś kto nie jest molem książkowym i pewnie z moich zachwytów rozumie tyle co ja rozumiem wzdychanie do gry w golfa czy składanie origami. Ale to mnie naprawdę cieszy. Po pierwsze zapełnia wolny czas, po drugie dostarcza mi świetnej rozrywki i po trzecie ubogaca. Na tą chwile nie potrafiłabym zrezygnować z codziennego czytania. Przekazałam to zamiłowanie dzieciom i dbam o to by i mąż czytał. Znam jego ulubioną tematykę i kupuję mu książki. Nie zmuszam go do czytania całymi dniami, ale cieszę się gdy przeczyta jedną książkę na kwartał.

Sierpień zapowiada się u mnie dosyć romantycznym miesiącem jeśli chodzi o książki. Kilka dni temu otrzymałam paczkę od księgarni internetowej Znak, a w niej cztery powieści Jojo Moyes. Ostatnio w grupach czytelników bardzo często przewija się to nazwisko więc nie mogłam odmówić sobie sprawdzenia na "własne oczy" tych książek. Dodatkowym plusem była księgarnia. To jedna z moich ulubionych. Zamawiałam z niej książki już dwukrotnie, a podczas Międzynarodowych Dni Książki - mieli największe rabaty i najlepszy zestaw książek. Strasznie jestem ciekawa scenariuszy, czy będą standardowymi love story czy wkradnie się jakiś nowy, niespodziewany wątek? Nie mogę się doczekać.

A Wy czytaliście już powieści Moyes? Dajcie znać w komentarzach jakie wrażenia? Popłynęły łzy? Linki do księgarni jak zawsze pod zdjęciami.







Chcecie dołączyć do mojego sierpniowego, romantycznego nastroju? Z Jojo Moyes? Koniecznie śledźcie fp księgarni - klik i wyłapujcie promocji na stronie - klik.


Gdy Ci smutno, gdy Ci źle

Chociaż na co dzień tryskam dobrym humorem, optymizmem i błyskotliwością dowcipu, to są dni kiedy potrzebowałabym spakować walizkę i wyjechać gdzieś daleko, żeby odpocząć od życia codziennego.


A ponieważ los sprezentował mi trzy małe ludki do opieki całodobowej, to na wyjazd na bezludną wyspę będę musiała jeszcze trochę poczekać. Nie żebym narzekała jakoś bardzo i chciałam Wam się wyżalić, nie - już wszystkie żale z tego powodu wylałam mężowi. Zrozumiałam, że tak po prostu narazie musi być i znalazłam sobie inne sposoby na reset. Też fajne i też odprężająco. Nie jest to dokładnie to samo co wakacje pod palemką i ciężko mi powiedzieć, że ładuję sobie baterie tymi sposobami, ale na pewno wystarczy, żeby odsunąć od siebie zły nastrój, zmienić negatywne myślenia na pozytywne i puścić wydarzenia kończącego się dnia w niepamięć.


Samotność / spotkania

W zależności od tego jak bardzo źle się czuje. Jak jestem po prostu zmęczona minionym dniem to w zupełności wystarczy kiedy z gorącą czekoladą i książka schowam się pod kocykiem i zatopię w historii innych ludzi. Kiedy jednak zmęczenie towarzyszy mi od dawna i związane jest z jakimś większym zmartwieniem wtedy lubię wyjść z domu, spotkać się z przyjaciółką lub zorganizować babskie spotkanie dla bliskich dziewczyn. Porozmawiać, pośmiać się, zagrać w coś. Nie ukrywam, że to jeden z moich ulubionych leków na smutek.


Przyjemności

Wiadomo, że jedzenie:) Bo przez żołądek do serca, a kto powiedział, że serce musi należeć do kogoś innego? Samą siebie też trzeba lubić i trzeba sobie dogadzać! Na większe smutki włoskie menu - pizza, spaghetti, lazania. Na chwilowy zły nastrój wystarczą lody czekoladowe z popcornem. Oczywiście wszystko dla mnie!


Dobre myśli

Przekierowanie myśli na dobre tory nie zawsze mi wychodzą. Bywa, że nie mogę się na tym skupić więc nie często stawiam na ten sposób ale jednak kilka razy mi pomógł. W przygnębiających chwilach, kiedy myślę, że już nic mnie nie cieszy i już do niczego się nie nadaję - siadam na swoim balkonie z kubkiem kakao i myślę o tym co mnie cieszy. Właśnie ten balkon mnie cieszy, bo sama go zaprojektowałam i zrobiłam. Lubię pić kakao. Lubię swoje kubki, bo kupuję je sama i dobieram według swojego gustu. Półki z książkami lubię bo to też była moja inwencja i praca. I lubię swój telefon, bo jest prezentem niespodzianką od męża. I słońce lubię, i deszcz, drzewa owocowe. Lubię słuchać muzykę, i ciszę też lubię. Przede wszystkim lubię ludzi. I uśmiech, radosne oczy i bijącą z nich dobroć. Tyle jest piękna dookoła nas, codziennie je spotykamy ale codzienność sprawia, że zaczynamy przechodzić obojętnie. A gdybyśmy przystanęli, zauważyli i docenili to nie załamywalibyśmy się tak szybko małymi problemami.


Siła innych

Od niedawna mam nowy sposób na motywacje. Kiedy brakuje mi chęci na kontynuowanie czegoś co postanowiłam, ale brak mi silnej woli by coś dokończyć, wchodzę na instagram i oglądam zdjęć metamorfoz. Ludzi, którzy wylali pot, łzy i czasem krew by zmienić swój wygląd na zdrowy, na lepszy. Zrzucone 20-30-40 kilogramów robi na mnie ogromne wrażenie i momentalnie buduje poczucie walki ze moimi słabościami.


Yt

Z reguły nie oglądam filmików i memów przesyłanych mi na whatsapie czy wrzucanych przez znajomych na facebookowe tablice. Większość z nich nie ma sensu i nie niesie jakiegoś kolosalnego przesłania. Ale bywa, że włączam sobie yt na poprawę humoru. Są to jednak konkretne kanały, które może nie rozwiązują moich problemów i nie sprawiają, że całkowicie wróci mi dobry humor ale na pewno w czasie kiedy oglądam filmiki, jestem uspokojona i zadowolona. O dziwo są to kanały o tematyce urodowej. Tak, o dziwo bo ja i makijaż to dwa osobne tematy. Nie maluję się jakoś namiętnie, a moja kosmetyczka liczy nie więcej niż 10 kosmetyków i to z szamponem do włosów:) Nie mniej jednak oglądam Szusz chyba dla jej samej, a nie dla makijażów, które pokazuje. 


Wrzuć na luz

Co można zrobić kiedy nie można już zrobić nic? Załamać się? Walić głową w mur w nadziei, że stanie się cud? Przeczekać! Kiedy nie masz już żadnego wpływu na przebieg sytuacji, albo na coś co się zdarzyło? Czasu nie cofniesz, myśli nie wyczyścisz - przeczekaj i wrzuć na luz. Wybierz się na spacer albo na wycieczkę rowerową. Do miejsca, w którym jeszcze nie byłaś. Zajmij głowę czymś innym, nowym. Popatrz na ludzi, który robią coś innego niż Ty. Posłuchaj, porozmawiaj, zachwyć się. A może na tym spacerze znajdziesz swoją przystań, która powie Ci, że nie jest tak źle jak myślałaś, a problemy da się rozwiązać?








Mnóstwo nerek, toreb, torebek i plecaków znajdziecie u firmy NEROLA.
Na stronie - klik
Fanpage'u - klik
i instagramie - klik.

Nie pozwól zgasić w sobie optymizmu



Jest pewien rodzaj ludzi, którzy od rana do nocy mogą narzekać, na wszystko, na pogodę, kolor trawy, wielkość groszku w warzywniaku...


Znajomych każdy z nas ma, poznanych przypadkiem, znajomy znajomego itd. Znajomy to ktoś kto kiedyś tam przewinął się jakoś w naszym życiu. Jedni odchodzą, inni zostają. Zamieniają się w kolegów/koleżanki. Umawiamy się z nimi, rozmawiamy przez telefon. Jeśli są dla nas ważni, a my jesteśmy ważni dla nich to zostają przyjaciółmi, na dobre i złe, na dzień i noc, na zawsze.

Jedna z najważniejszych zasad jakie wyznaję w życiu to nie marudzić. Według tej zasady żyję i chociaż to może samolubnie zabrzmieć, to zgodnie z tą zasadą dobieram przyjaciół. Wiadomo, że znajomym może być każdy, jakikolwiek by nie był bo widzimy go od wielkiego dzwonu i nie mamy ze sobą zbyt wiele wspólnego. Natomiast przyjaciel, to ktoś bliski, z kim widujemy się o wiele częściej, rozmawiamy długie godziny, spędzamy razem czas. Nie możemy się przecież przez ten cały czas męczyć.

Zazwyczaj po prostu przestaję utrzymywać kontakt z marudnymi osobami. Nie dzwonie, nie wychodzę z propozycją spotkania. Ograniczam się jedynie do wysłania wiadomości w okresie świątecznym. Tak, tyle robię bo przecież nie życzę tym osobom źle więc dlaczego nie miała bym złożyć życzeń. Powoli takie znajomości zanikają, nie wiem czy ta osoba domyśla się jaki był powód czy tak jak ja zapomina o jakichkolwiek łączących nas wcześniej relacjach.

Jeden raz zdarzyło mi się, że stopniowe zaniechanie kontaktów nie przynosiło efektów, dostawałam wiadomości od pewnej osoby, komentarze na prywatnym profilu facebookowym, propozycje wspólnego wypicia kawy. Po mojej dziesiątej odmowie musiałam prosto z mostu napisać, że nie interesuje mnie ta znajomość ponieważ nie mam w zwyczaju otaczać się wiecznie marudzącymi ludźmi. Nie chciałam tak tego nazwać, ale naprawdę inaczej się już nie dało. Pomogło...

Rozróżnij to

Tu nie chodzi o to, że chcę aby wszyscy przychodzili do mnie z przyklejonym na twarzy sztucznym uśmiechem i trwali z nim przez całe spotkanie. Nie, wiadomo że każdy ma gorsze dni i każdemu leży czasem coś na sercu. Oczywiście, że trzeba się wtedy wygadać, wyżalić, a nawet wypłakać. Można nawet z takim pretekstem przyjechać do kogoś, właśnie żeby zrzucić ten kamień z serca. Ja bardzo chętnie wysłucham takich smutków, poradzę i pomogę jeśli będę mogła ale niech to będą: po pierwsze tylko bliskie osoby, i po drugie prawdziwe powody. Dlaczego tylko bliskie osoby? A no właśnie...

Bywa, że ktoś zapyta mnie np o pomysł na prezent dla kogoś, a ja poświęcę każdą wolną w chwilę w ciągu dnia by prześledzić dostępne strony internetowe z upominkami. Ale to nie wszystko, jestem dosyć empatyczną osobą, potrafię zrezygnować ze swoich planów by pomóc komuś. Trzymam na duchu gdy ktoś się rozwodzi i wspieram w chorobie. Psychicznie biorę dużo na siebie, a potem zaniedbuje swoje obowiązki bo w głowie ciągle rozważam różne warianty na rozwiązanie problemów innych ludzi. Dlatego właśnie tak nie lubię kiedy to obcy, nie bliscy ludzie zwierzają mi się z dylematów. Bo kiedy taki "nie bliski" przychodzi, ja zawalam swoje, pomagam a potem rach ciach i tamtej, zadowolonej już osoby nie ma. A mój czas poszedł się paść. Nie żebym liczyła każdą minutę swojego dnia, jeśli komuś pomogłam to spoko cieszę się, ale ja też nie jestem sama, mam swoją rodzinę i obowiązki, które muszę wypełnić żeby bliscy nie odczuli braków. Jeśli pomogę przyjacielowi to wiem, że to faktyczni ema sens, znam jego życie, widzę czy dobrze poradziłam i wiem, że kiedy ja będę potrzebowała pomocy to i on zrobi dla mnie wszystko.

Nie tylko z powodu braku czasu nie lubię marudzących osób. Ale głownie przez swoją empatię i przez to, że kiedy poratowana dobrym słowem osoba z uśmiechem odchodzi, ja kłębię w sobie złe myśli i smutki. Kiedy nie mam ich jak wyrzucić rosną we mnie i przygnębiają. Chociaż od zawsze bliscy cenili we mnie właśnie optymizm to czuje, że coraz go we mnie mniej. Coraz częściej ktoś próbuje zabić we mnie mój optymizm, a ja tego nie chcę i za wszelką cenę będę o niego walczyć.

Pozytywne myślenie

Mózg jest centrum naszego życia, nic więc dziwnego że pozytywne myślenie może dużo przezwyciężyć. To jak żyjemy jest zależne nie tylko od naszej rodziny, zdrowia, pracy, czasu wolnego, ale głownie od naszego myślenie, od dobrego planu i jego realizacji. A jeśli myślenie jest nakierowane na dobre tory to z realizacją problemów nie będzie. A jak będą to na pewno nas nie załamią. Codziennie otaczam się ludźmi, którzy pokonywali swoje słabości i osiągnęli nierealne celę głównie dzięki walce i sile pozytywnego myślenia.

Bywają dni kiedy kawę wolę wypić sama, lub spędzić wolny czas w towarzystwie książki, niż z osobami które chcą zgasić we mnie optymizm. Czas odrzucić wszystkie złe myśli, cieszyć się nawet tymi drobnymi sukcesami i przestać doszukiwać się minusów w każdej minucie życia. Od kiedy powiedziałam sobie koniec marudzenia i doszukiwania się problemy, których nie ma i koniec przebywania z ludźmi, którzy nad głową mają wiecznie czarne chmury żyje mi się lepiej, lżej.



Za kilka chwil nie będziesz dzieckiem




Kilka minut temu wróciliśmy ze spaceru, najmłodszy wdrapał się na moje kolana, przytulił i zasnął. Odniosłam go do sypialni. Nie do jego łóżeczka ale do naszego dużego łóżka. Położyłam się na chwilę obok, spojrzałam na tą dwuletnią buzię, z której powoli znikają dziecięce rysy i chociaż jeszcze jest małym, słodkim dzieckiem to już tęsknię za tą malutką buzią.


Dzisiaj post jakiego jeszcze nie było. O dzieciach i o tym jak szybko rosną. Kiedy mieliśmy tylko jedno dziecko czas bardzo się dłużył. Pamiętam każdy dzień z pierwszego roku życia pierwszego syna. Naprawdę każdy. Chociaż minęło już ponad sześć lat to mam w pamięci pierwszy uśmiech, pierwsze podane mleko modyfikowane, godziny posiłków, ulubione body i tak dalej. Po pierwszych urodzinkach jakby film się urwał, a ja ocknęłam się dzisiaj - po kilku latach, z kolejną dwójką dzieciaków przy boku.

Nie wiem za czym już tęsknię, czy za tą mała buźka i małym ciałkiem tak pachnącym i tak chętnym do tulenia? Czy za podziwianiem każdego dnia jak szybko się rozwijają i uczą nowych umiejętności? A może po prostu za nimi takimi jacy są, za całokształtem bo tacy jacy są teraz są cudowni. Te połączenie dziecięcego głosu, uśmiechu, ruchów, zaskakujących myśli wyrażanych na głos i pomysłów, które już teraz, szybko muszą wprowadzić w czyn.

Lubię też teraz siebie jako matkę. Jak każdy rodzic popełniam błędy ale jestem pewna, że dobrze wychowuję dzieci. Słucham ich potrzeb, biorę pod uwagę ich zdanie jednocześnie nie pozwalając sobie wejść na głowę. Takie rozsądne rodzicielstwo chyba. Może będę tęsknić też za sobą jako matką małych dzieci. Za tymi obowiązkami i dylematami. Może podświadomie wiem, że mając małe dzieci i ja jestem młoda:) Tak czy siak, teraz jest w sam raz. Małe dzieci to dużo radości, takiej dziecięcej beztroski, takiego nie zauważania problemów i ta ich niewinność przenosi się na mnie, na nasz dom. Pewnie to tego będzie mi brakować, to pewnie za tym będę tęsknić. Teraz jesteśmy razem, co chwila ktoś nas potrzebuję, a za kilka lat chłopki rozejdą się po swoich pokojach, ze swoimi młodzieżowymi sprawami.

Myślę, że wszystkim będzie nam tego brakowało. Stworzyliśmy wspaniałą rodzinę, rozumiemy się doskonale i lubimy razem spędzać czas. Nie jest nam nudno, nie męczymy się ze sobą. Jesteśmy razem każdego dnia. Uwielbiamy planować wycieczki, wyjazdy, święta. Celebrujemy nie tylko urodziny ale i takie święta jak Dzień Dziecka, Dzień Matki i Dzień Ojca. A propos tego ostatniego, to już jutro. Dzieci jak zwykle zajmują się częścią artystyczną czyli laurka, a ja prezentem.

Wszyscy wiedzą, że jestem gadżeciarą. Każdego rodzaju dodatki personalizowanie i robione na zamówienie z unikatowym wzorem, tekstem, napisem są u mnie na wagę złota. W naszym domu znajdziecie naprawdę bardzo dużo akcentów rodzinnych. Z imionami członków naszej rodziny, z inicjałami, z motywem domowym itp. Takie dopracowane dodatki w mieszkaniu lubię bo uważam, że scalają rodzinę i dodają domowi ciepła. Natomiast jeśli chodzi o prezenty to najbardziej do ich tworzenia przekonuje mnie uwaga, skupienie i czas poświęcony konkretnie jednej osobie.

Na Dzień Ojca wybrałam w tym roku koszulkę. Fajny pomysł bo ubranie to zawsze coś co jest w użyciu, nie stawia się tego na półce po to żeby więcej na to nie spojrzeć. Koszulka oczywiście z zaprojektowanym przeze mnie napisem. Z motywem ojcostwa i pracy zawodowej męża. To co ważne dla nas i dla niego. Koszulka przyszła do nas w dwa dni, mieliśmy pewność że na pewno będziemy mogli wręczyć ją na święto Ojca. Na stronie podane są przykłady nadruków, rozmiar i mail, gdzie można zadać pytania i uzyskać ekspresową odpowiedź. Dobra jakoś bluzki i nadruk, który na tą chwile wydaje się być trwały tylko potwierdził moją decyzję o skorzystaniu z tej firmy. Wrzucam Wam kilka fotek samej koszulki, ale po weekendzie będziecie mogli zobaczyć na instagramie jak prezentuje się na właścicielu.








Wzory, nadruki i inne pomysły na koszulki od ADVART
Na stronie - klik
Fanpage'u - klik
kontakt - biuro@advart.pl

Wakacyjny sezon rozpoczęty




Śmiało mogę powiedzieć, że zeszły tydzień był moim potrójnym pierwszym razem.
Pierwsze wakacje w tym roku,
pierwszy raz podróżowaliśmy z przyczepą kempingową
i pierwszy raz na żywo widziałam morze.



Ze względu na pracę i różne sytuacje losowe bywa, że ludzie do końca maja wyjeżdżają na spóźnione majówki. I dobrze bo te dni trzeba wykorzystać na odpoczynek. My co prawda na majówkę nigdzie nie wyjeżdżaliśmy za to bardzo szybko rozpoczęliśmy sezon wakacyjny. Kiedy tylko maj zniknął z kalendarza i pojawił się czerwiec, wynajęliśmy przyczepę kempingową, spakowaliśmy się i ruszyliśmy w Polskę. Czasu nie mieliśmy zbyt wiele bo urlop od pracy zapisany jest dopiero na przełom sierpnia i września. Czy mogliśmy poczekać? Tak ale po co? Jest słońce, jest ciepło, jest mała przerwa w pracy więc trzeba to było wykorzystać. Tym bardziej, że im wcześniej rozpoczniemy wakacje tym więcej w te wakacje uda nam się wyjechać.

Nawet nie pamiętam jak długo planowaliśmy ten wyjazd. Czy w ogóle planowaliśmy. Któreś z nas rzuciło hasło "może pojedziemy gdzieś z przyczepą kempingową?". Tydzień później mieliśmy już podpisaną umowę wynajmu, listę miast do odwiedzenia i listę rzeczy do zabrania. Dobra nawet listy nie było. Mając przyczepę mieliśmy ten komfort, że wrzucaliśmy do niej wszystko co wpadło pod ręce i mogło by się przydać. Szafek w kempingu jest dużo, wszystkie na zasuwkę dla bezpiecznego przewozu więc tak naprawdę wchodząc do środka czuliśmy się jak w domu. Dobra, przesadziłam. Raczej jak w kawalerce ale i tak świetnie.

Moja przyjaciółka - raczej nie odpoczniesz fizycznie bo jedziesz z dziećmi, ale psychicznie na pewno. I tak było. Kiedy dotarliśmy nad morze poczułam stan ulgi na sam jego widok. Pomimo późnej godziny, nie było wiatru, a słońce przyjemnie grzało. Przytuliliśmy się wszyscy do siebie obserwując kilka minut jak morze hen daleko spotyka się w niebem. Przyjemny, uspokajający widok nawet dla mnie chociaż jestem wielkim bzistrachem jeśli chodzi o żywioły. Dla mnie był to pierwszy raz. Może nie powinnam się tym chwalić ale nigdy wcześniej nie widziałam morza. W dzieciństwie nie jeździłam na wakacje z rodzicami, a jako nastolatka wolałam spędzać wolny czas z przyjaciółmi w naszym mieście. Dopiero teraz, mając prawie trzydzieści lat spotkałam się z Bałtykiem.

Samochód z przyczepą zaparkowaliśmy na cudownej Polanie Redłowskiej. Dosłownie minutę do morza, lasu i miejsca biwakowego. Ognisko, toalety, parking, plac zabaw - wszystko to tuż obok i wszystko free! Kiedy szliśmy na plażę nie trzeba było zabierać ze sobą całego dobytku bo kiedy zaszła potrzeba wystarczyło przejść parę kroków i być już w kempingu. Idąc nad morze braliśmy więc tylko aparat, koc i wodę. Aparat wiadomo, żeby móc z chłodny, zimowy wieczór przypomnieć sobie jak było pięknie. Koc żeby mieć swój kawałek plaży i woda bo zabawa była tak świetna, że dzieciaki co chwila przybiegały się napić. Picie mieliśmy standardowo w szkle. Nie przepadam za przetrzymywaniem napojów w plastiku. Nawet w domu przelewamy wodę z plastikowych butelek do dzbanka. Nie tylko dlatego, że woda ze szklanego pojemnika jest smaczniejsza ale i zdrowsza. Nigdy też nie zostawiam małej butelki na popularne "potem", nie nalewam ponownie wody do raz opróżnionej butelki. Dobra wiem - nie panikuję, przecież jedna butelka wody z plastiku nie stanowi od razu śmiertelnego zagrożenia ale biorąc pod uwagę, że taką wodę pijemy przez całe życie to trochę się tego złego nazbiera. Poza tym plastik i słońce? Nie, nie dziękuję.

Do domu mieliśmy wracać dwa dni, przez Malbork i Warszawę. Morze jednak tak nas oczarowało, że zostaliśmy tam dłużej, a potem na "jeden raz" wróciliśmy do domu. Przygoda niezapomniana. Jak tak wygląda początek wakacji to z ogromną niecierpliwością czekam na letnich miesięcy:)








Jeśli nie znacie jeszcze dzbanków i innych produktów Brity (w oczywiście wątpię) zapraszam na:
fp - klik
stronę - klik

Nie mam pasji - jestem nijaka




Przez całe swoje życie, odkąd pamiętam miałam jakieś zainteresowania. Układanie puzzli, kilkugodzinne spacery, robienie kolczyków, namiętne przesiadywanie w bibliotece, jazda na rowerze, wyszukiwanie perełek w sklepach typu "wszystko za x złotych". Robiłam wszystko ale tak naprawdę nic. 


Żadne z tych zajęć nie było na tyle wow, żebym rzuciła wszystko inne i zajęła się tylko tym jednym, konkretnym. Jeszcze do niedawna mi to nie przeszkadzała, ale w pewnym momencie odczułam z tego powodu braki. Chyba dlatego, że pragnęłam potrzeby przynależenia do grupy ludzi, którzy mają podobne pasje. Rozmawiać na forach i spotykać się w realu. Mając dużo zainteresowań nie potrafiłam tak naprawdę czegokolwiek robić w stu procentach, wszystkim zajmowałam się po łebkach ...chociaż wtedy tego nie wiedziałam. Zanim się o tym przekonałam próbowałam wchodzić w społeczeństwo ludzi jeżdżących na rowerze, rozmawiać z ludźmi którzy układają puzzle, znalazłam grupę dziewczyn robiących biżuterie ale wszystko tylko jeszcze bardziej uświadomiło mi jak bardzo jestem za nimi w tyle. Uświadomiłam sobie jak bardzo ciąży mi brak jednego, konkretnego zainteresowania, któremu oddałabym się cała. Jak to mówią - lepiej robić jedną rzecz dobrze, niż kilka byle jak. Ja właśnie tak byle jak robiłam wszystko, zamiast skupić się na jednej czynności.

Przygnębiona swoim odkryciem porzuciłam wszystko co sprawiało mi chociażby minimum przyjemności. Przestałam kupować puzzle, rower zakurzył się tak samo jak koraliki do kolczyków. Wolny czas spędzałam w internecie na bezsensownym przeglądaniu fejsbooka i profili blogerów. Nie przeszkadzał mi tak wykorzystywany czas. Do momentu, kiedy modne zaczęło stawać się robienie czegoś i chwalenie się tym w portalach społecznościowych. Źle to zabrzmiało - nie chwalenie się, a dzielenie swoimi radościami. Każdy coś robił; ten biegał, tamten jeździł na rowerze, ktoś inny regularnie angażował się w prace charytatywne. A ja nadal tkwiłam w nudnym punkcie swojego życia. Przyzwyczaiłam się do faktu, że robię "nic". Budzę się rano i przez cały dzień zajmuję się domem i dziećmi. Nikt niczego poza tym ode mnie nie wymagał. Mogłam chodzić w piżamie do południa i w niczym by mi to nie przeszkadzało. O swojej nijakości zaczęłam zdawać sobie sprawę kilka miesięcy temu.

Brak "swojego miejsca" zaczął mi boleśniej doskwierać tuż przed nowym rokiem. Coraz bardziej chciałam robić coś, poświęcać czemuś czas, dzielić się tym z innymi. Kiedy znajomi opowiadali na jaki kolejny poziom weszli w swoich pasjach, jakie zdobywali medale, dyplomy i jak planowali spotkania tematyczne - ja nadal tkwiłam w tym martwym punkcie. Nie chodziło tylko o to by w pusty sposób przechwalać się tym co robię ale tak wewnętrznie, sama przed sobą czułam się nijaka. Wydaje mi się, że każdy powinien mieć jakieś pasje, które rozwijają i pobudzają szare komórki do myślenia. Tuż przed nowym rokiem siedząc nad nowym kalendarzem na 2017 rok, przypomniałam sobie o książkach. Tak bardzo lubiłam czytać. Miałam takie lata w życiu, że rocznie czytałam blisko 150 książek. Prawie w całej swojej edukacji pod koniec każdej klasy wracałam z dyplomem za największą ilość przeczytanych książek w całej szkole. Chłonęłam je. A może to one chłonęły mnie.

Nie będę Wam tu opisywać jak to jest wciągnąć się w historie pisane. Wyobrażać sobie wygląd bohaterów jakby się ich znało naprawdę, czuć ich emocję i rozglądać się po pokoju dziwiąc się jak to możliwe, że jestem w swoim domu kiedy przed chwilą głowę bym dała, że jestem w Bostonie, Nowym Yorku czy Amsterdamie. Nie będę tłumaczyć bo Ci z Was, którzy czytają to wiedza o co chodzi. Ci zaś, którzy nie czytają...i tak nie zrozumieją.

Wczoraj skończyłam czytać dziesiątą w tym roku książkę. Nie jestem takim typowym książkoholikiem bo to tylko dziesięć, chociaż dla mnie  Od kiedy regularnie czytam czuję się lepiej. Spokojniej, rozważniej, potrafię spojrzeć na swoje życie z boku i lepiej poradzić sobie z codziennymi zmaganiami. W pasji jaką jest czytanie książek nie ma wielu levelów ale wcale mi ich nie brakuje. Jet dobrze jak jest i po raz pierwszy od dawna czuję się naprawdę dobrze. Spokojnie bo znalazłam pomysł na siebie i chcę się przyjaźnić z tym pomysłem do końca życia.








Mnóstwo toreb, torebek i plecaków znajdziecie u firmy NEROLA.
Na stronie - klik
Fanpage'u - klik
i instagramie - klik.


Gdy upadłam pod krzyżem i nie wstałam



Pogoda tego dnia była piękna, słoneczna, lekki wietrzyk. Cieszyłam się na przejście Ekstremalną Drogą Krzyżową. Trasa wydrukowana, krzyż zrobiony, buty przygotowane, plecak spakowany. Plecak spakowany miałam tak sprytnie, że było w nim wszystko co potrzebne ale jednocześnie nie był zbyt ciężki. Droga Krzyżowa zaczęła się mszą, na którą przyjechałam podekscytowana. Zakupiłam bransoletkę na pamiątkę, wzięłam rozważania i niecierpliwie wyczekiwałam startu.

Przełomu nie będzie


Szło się doskonale, taki trochę dłuższy spacer tyle że nocą. Może i lepiej bo ruch samochodowy mniejszy i słońce nie świeci po oczach. Idę tak sobie czując już radość  i myślę. Hmmm idzie się całkiem dobrze, nic mnie jakoś znacznie nie boli, nie jest zimno, droga prosta bez dziur, górek i kamieni, cisza też mi jakoś nie przeszkadza - lada moment i będziemy na "mecie". Obejrzałam się na ludzi dokoła. Ktoś już kuleje, ktoś ociera pot z czoła, jeszcze inni podpiera się gałęzią brzozy. A ja idę, no idę śmiało i kompletnie nie wiem o co w tym wszystkim chodzi. Miało być ciężko, boleśnie z przemyśleniami. Z przełomem! Jakieś wnioski podobno były do wyciągnięcia po zakończeniu trasy. Zresztą w rozważaniach, które dostaliśmy były historie ludzi kończące się postanowieniami o zmianach po przejściu tych ponad 40 kilometrów. A ja? No gdzie tam do zmian i przemyśleń. O czym to ja mogę myśleć? Chyba o planowaniu następnej wyprawy.

Co jest grane?

Przerwałam myślenie o mojej świetnej kondycji bo zbliżaliśmy się do kolejnej stacji. Stanęłam przed kapliczką, zdjęłam plecak, wyjęłam rozważania i tak jak na każdej mijanej stacji, klęknęłam na oba kolana. Kiedy inni stali lub siedzieli, ja prosto z wypięta do przodu piersią klęczałam bez odczuwania bólu. Kilka minut modlitwy, łyk wody, pakuję książeczkę i wstaje... próbuję wstać.

Upadek

Moje do tej pory niebolące mięśnie nie chciały ruszyć nogami. Moja dobra kondycja nagle się ulotniła. A moje silne ręce ledwo dały radę oprzeć się na trawie by pomóc nogom wstać. Jeszcze jeden łyk wody, chwila spokoju, kilka głębokich oddechów i stoję. W bardzo niezgrabnej pozycji ale trzymam pion. Równie niezgrabnie zbieram z trawy plecak i zakładam. Najpierw plecak, potem kamizelkę. Stoję stabilnie, kilka małych, wolnych kroczków i zaraz rozejdę tą chwilową niedyspozycję. Prawa noga, lewa noga, prawa noga, lewa noga no i jest dobrze. Jeszcze tylko oprę się o ten murek, żeby sprawdzić czy nie zgubiłam krzyża i lecimy dalej. Podeszłam do murka, oparłam się ale ręka jako tak niefortunnie się osunęła, plecak który nagle okazał się ciężki pociągnął ciało w dół w efekcie czego usiadłam na murek. Upadłam i nie wstałam.

Wschód słońca

Ze wszystkich sił próbowałam zrozumieć co się stało i wtedy przypomniałam sobie, że jednym z momentów, na które czekałam był wschód słońca. Nie nad morzem jak w romantycznych filmach ale taki zwyczajny, który widziałam już kilkaset razy z okna w salonie. Miał zaraz nastąpić, a przede mną drzewa które całkowicie zasłaniały upragniony widok. I nagle nad drzewami rozjaśniało co oznaczało, że słońce zaczęło wschodzić. Pomyślałam - to jest to! Ta motywacja. Te moje infantylne marzenie jakim jest wschód słońca będzie najlepsza motywacją, przecież tyle szłam, pokonałam tyle kilometrów! Wystarczy zrobić kilka kroków, 10? Może 15. Mocno się skupiłam, położyłam ręce na murku by się odbić.
Nie odbiłam.
Kroków nie było.
Po minucie słońce wyszło zza drzewa.

38 kilometr

Na 38 kilometrze moje ciało postanowiło się zbuntować. Trzy! Trzy ostatnie, cholerne kilometry. Na horyzoncie widać już było cel naszej drogi - mieniący się w pomarańczowym słońcu kościół. Był na wciągnięcie ręki - tylko nie mojej.

Załamanie

Od tego murka zrobiłam już tylko 5 kroków i były to kroki do samochodu. Zanim wysiadłam z samochodu musiałam kilka minut zbierać w sobie siły. Następnie przez kolejne kilka minut pokonywałam schody na pierwsze piętro. Rozebrałam się, wzięłam prysznic i położyłam się do łóżka. W tym momencie puściły wszystkie emocje. Płakałam długo i głośno. Zły były nie do opanowania. Ja, oporna na ból - jestem obolała. Ja, która pokonała wiele kilometrów, wycieczek, pielgrzymek, wypraw - upadłam. Ja, silna psychicznie - rozpadam się na milion kawałków.

Przełom będzie

Ilekroć czytam, słucham, oglądam historię ludzi, którzy coś osiągnęli jestem oczarowana. Przechodzą zmiany, zyskują motywacje, radość, wiarę w siebie, stawiają sobie kolejne plany i realizują je. Bo skoro coś osiągamy to przecież chcemy coraz więcej, lepiej, mocniej. Dostajemy powera i działamy. Dziś, teraz, tutaj zastanawiam się jakie zachowania w człowieku przynosi porażka?
W tej chwili czuje się źle. Zarówno i psychicznie i fizycznie. Na ten czas nie doświadczyłam przemiany, nie wyciągnęłam pouczających wniosków, nie uduchowiłam się bardziej i na pewno nie przygotowałam się jakoś wyjątkowo do świąt Wielkiej Nocy. W tej chwili...
   i chociaż teraz jestem zła i załamana. Chociaż kotłują się we mnie negatywne emocje, który towarzyszy fizyczny ból, to wiem że wszystko dzieje się po coś. I może nie tam na trasie, nie dziś i nie jutro ale za tydzień lub miesiąc wyciągnę wartościowe, cenne wnioski z tego co wydarzyło się tam, na tym nieszczęsnym - a może i szczęsnym? - kilometrze.

Ekstremalna Droga Krzyzowa - link



Akcenty rodzinne scalają



Kiedy wybieraliśmy się z mężem na organizowane w naszym mieście rekolekcje dla małżeństw pod nazwą "remont małżeński" słyszeliśmy - a co? Macie problemy? Kłopoty? Rozwodzicie się? Dla jednych faktycznie, może to tak wyglądać, jednak nie dla nas. My zawsze powtarzamy, że o rodzinę trzeba dbać zawsze, a nie dopiero wtedy kiedy coś się psuje.


Kiedy w naszej rodzinie pojawił się ostatni członek, czyli trzecie dziecko zaczęłam rozglądać się za pesonalizowanymi dodatkami do domu. Rodzinne zdjęcie na ścianie w korytarzu, kubki z imionami w kuchni, kartki z kalendarza z dnia urodzenia dzieci na półce. Po pierwsze ładne, po drugie modne, po trzecie estetycznie, po czwarte znaczące - nie przypadkowe. Są też dwa ukryte powody, najważniejsze.

Solo w grupie

Z jednej strony zależało mi by w dużej rodzinie jaką tworzymy, każdy był indywidualistą. Pragnęłam wychować dzieci i żyć tak by żadne z nas nie czuło się przytłoczone innym członkiem rodziny. By starszy nie powiedział, że jest zaniedbany bo rodzice zajmują się młodszymi itd. Również chcę żebyśmy my dorośli czuli się ludźmi, a nie tylko rodzicami. Takie nawet małe akcenty utwierdzają w przekonaniu, że chociaż tworzymy całość to jednak jesteśmy osobni. Jest więc galeria obrazków jednego dziecka, tablica motywacyjna z treningów drugiego dziecka i kolekcja ulubionych książeczek trzeciego dziecka. My mamy swoje regały, w których są tylko i wyłącznie nasze rzeczy. 

Scalenie

Kolejnym powodem który przekonuje mnie do rodzinnych akcentów w domu jest ich moc scalenia. Bywają takie dni kiedy dzieci wchodzą mi na głowę, kiedy nie mam humoru i jedyne o czym marzę, to ułożyć ich do snu i poczuć samotność. Robię sobie wtedy kubek ciepłego kakao i relaksuję się przy książce czy filmie. Bywa że kubek wcale nie ma mojego imienia, a imię męża czy dziecka. Uśmiecham się wtedy do siebie i wspominam dobre, śmieszne rodzinne chwile, złość mija. Takich sytuacji jest wiele, tyle ile akcentów, gadżetów, przedmiotów w domu. W dołujących chwilach potrafią podnieść na duchu lepiej niż nie jeden motywujący tekst czy wielogodzinna sesje z terapeutą.

...a dodatkowo

Teraz tak sobie myślę, że jest jeszcze jeden plus ozdób z rodzinnym motywem. Łatwość w ich zdobyciu. Nie mówię tylko o tym, że w ten motyw zaopatrują się aktualnie wszystkie sklepy z domowymi akcesoriami. Chodzi mi konkretnie o to, że każdy sam, na własną rękę może stworzyć sobie grafikę, myśl przewodnią, tekst. Wystarczy komputer i najzwyklejszy, darmowy program do grafiki. Chociażby paint? Wystarczy wydrukować zdjęcie czy tekst albo udać się do drukarni gdzie nałożą nasz pomysł na kubek, podkładkę, okładkę kalendarza za naprawdę niewielkie pieniądze.

Wiadomo, że dużych kłótni i poważnych problemów nie da się rozwiązać samym patrzeniem na ślubną fotografię czy jedząc posiłek ze ślubnej porcelany ale te ogromne problemy poniekąd rodzą się z małych. Skoro więc na te małe lekiem może być chociażby narysowane szminką na lustrze serduszko, to dlaczego by go nie namalować?




gimpelife © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka