Menu

Pierwsza domowa zasada - dbaj!

Bardzo długo odnajdywałam się w roli Pani Domu. Właściwie to cały czas mam wrażenie, że jeszcze nie do końca się odnalazłam i cały czas poszukuję dobrej drogi ku temu by dom był nasza oazą spokoju.

Jak się okazało w trakcie mojego matczynego życia, ciepło rodzinne daje nie tylko miłość i okazywanie sobie czułości i troski codziennie. Na nasze dobre samopoczucie składają się również inne czynniki; stopień odprężenia, czystość w domu albo spokój i świadomość, że wszystko jest zorganizowane.

Z organizacją też miałam problem, musiałam się jej nauczyć co nie było łatwe. Właściwie jak teraz analizuję sobie swoje początki małżeństwa to chociaż dom, małżeństwo i dzieci były przez nas zaplanowane to jednak nie wiedziałam, jak wiele obowiązków biorę na siebie. Chyba największy problem miałam z dbałością o przedmioty, którymi się otaczaliśmy.

Bardzo szybko przekonałam się, że dbałość o przedmioty takie jak sprzęty elektroniczne, meble czy zwykłe dodatki nie tylko przedłużają ich żywotność ale sprawiają wrażenie uporządkowanych, czystych. Weźmy taki przykład książki. Wyobraźmy sobie, że mamy piękną biblioteczkę na całej ścianie w salonie. Książki są poukładane alfabetycznie, często przecierane z kurzu, z równo stojącymi obok siebie grzbietami. A teraz wyobraźmy sobie, że codziennie tymi książkami bawią się w nie najładniejszy sposób dzieci, zaginają kartki, wylewają na nie wodę i rysują po okładkach. Po każdej takiej zabawie książki są znów równo układne na półkę. Jednak po takim maltretowaniu nasza biblioteczka nie wygląda już tak ładnie, a patrząc na cała ścianę, po przez ich zaniedbanie możemy odnieść wrażenie, że książki wcale nie są posegregowane, a wokół nich jest zwyczajnie bałagan.

To samo tyczy się zabawek, ubrań i wszystkich przedmiotów jakie mamy w domu. Bałagan nie robi się tylko wtedy kiedy rzeczy nie są poukładane, ale też wtedy kiedy są zaniedbane. Od kiedy uświadomiłam sobie ten fakt zaczęłam dbać o przedmioty, najpierw skupiłam się na tych które jako pierwsze rzucają nam się w oczy kiedy wchodzimy do domu. Czyli meble. Zaczęłam od zakupu odpowiednich środków do pielęgnacji blatów, drewna i armatury. Kiedy doprowadziłam je już do blasku zabrałam się za profilaktykę. I tak w salonie pojawiły się podkładki po kubki. Wybrałam personalizowane podkładki od cupcup.pl. 

Wybrałam je głownie z dwóch powodów; po pierwsze cena bo sztuka kosztuje niecałe 5 złotych, a w tą cenę wchodzi nie tylko podkładka ale i proponowany przez nas wzór nadruku. Po drugie wysokość. Dużo podkładek na rynku jest dosyć wysokich przez co nasze dzieci często przewracały kubki z piciem ponieważ zwyczajnie nie umiały trafić na podkładkę. Kubek tylko w połowie stawał na podkładce w efekcie czego przewracał się. W trakcie składania zamówienia dostałam odpowiedz, że jedna z proponowanych przeze mnie grafik jest wykonana w złej jakości i nadruk będzie nieestetyczny, dzięki tej informacji klient może zmienić format i mieć pewność, że dostanie ładny produkt. Podoba mi się taka dbałość o klienta. Po otrzymaniu mojego zamówienia zauważyłam dwie kolejne zalety. Przesyłkę dostałam w dwa dni więc nie musiałam długo czekać, a jakość druku okazała się naprawdę świetna.

Wszyscy domownicy wiedzą już, że dbamy o meble i nauczyli się używać podkładek i deseczek. Dzięki temu nasz dom zyskał na wyglądzie, a ja mam mniej pracy.





Serdecznie zapraszam do zapoznania się z ofertą dodatków do domu:

Na stronie sklepu - klik
Fanpage'u - klik
i instagramie - klik.


Odkryłam Lolę i nie zawaham się podać dalej

Piknął telefon. Idę sprawdzić. Powiadomienie z instagrama. Już miałam sprawdzić co tam słychać w wirtualnym świecie ale kątem oka zobaczyłam najstarszego syna leżącego na kanapie z nogami na oparciu. Tydzień temu wróciliśmy z Karpacza i znów dopadła ich nuda - chłopaki może pójdziemy na plac zabaw?

Zaproponowałam i w trybie natychmiastowym polecieli zakładać buty, a ja zajrzałam na telefon - Vloglola rozpoczęła relację na żywo. Oooo, sekundę za późno! Wchodzę na relację i zostawiam wiadomość "Loluś zapiszesz relację, bo obiecała dzieciom plac zabaw?". Odpowada, że tak. Zamykam telefon i wychodzę z domu zadowolona, że nie minie mnie kolejna porcja uśmiechu.

Dwa lata temu mój mąż wyjechał na cztery miesiące na szkolenie. Zostałam z trójką dzieci, z których najmłodsze miało półtorej roku, a najstarsze sześć lat. Nie muszę Wam mówić jak pada na twarz matka z taką gromadką łobuzów w takim wieku. Tym bardziej kiedy są wakacje, cała trójka jest w domu, a na dworze upał. W ciągu dnia ułatwiałam sobie życie jak tylko się dało, ale wieczorami i tak byłam wykończona psychicznie. Bywały gorsze dni, a wtedy czekałam na wieczór, kiedy dzieci zasną, zrobi się cicho, a ja odpalę laptopa w poszukiwaniu nowych vlogów mojej ulubionej vlogerki. Nie, wtedy nie była nią Lola. Wtedy nie wiedziałam o jej instnieniu. Oglądałam vlogi innej dziewczyny. Fakt, nie były one takie jakich potrzebowałam by odprężyć się po męczącym, dniu ale właściwie to nie znałam świata vlogerów i jakoś nie wpadło mi do głowy, że mogę znaleźć kogoś odpowiedniejszego dla siebie. Byłam przeświadczona o tym, że kanały youtuba dzielą się na kosmetyczne, podróżnicze i te z grami.

Wchodzę więc jednego wieczoru na jedyny kanał jaki odwiedzałam i na dole pokazują się propozycję innych filmów. Rzuca mi się w oczy śnieżnobiały uśmiech pewnej blondynki. Myślę sobie - o tego własnie potrzebuję, zobaczyć jak ktoś się cieszy. Klikam. Pojawia się Ola i została do dziś. To już dwa lata kiedy wywołuje uśmiech na mojej twarzy i nawołuje pozytywne myśli kiedy te trochę schodza na złe tory.

Nie jestem pesymistką, a wręcz przeciwnie - często bije ode mnie radość, a znajomi
komplementują moje pozytywne nastawienie. Kiedy czasem jest mi źle to głównie z takiego zwyczajnego, fizycznego przemęczenia - no tak nadal mam trójkę dzieci:) Wtedy włączam laptopa, wklepuje v l o g l o l a i włączam film. Od dwóch lat oglądam na bieżąco, ale zanim poznałam Lolę ominęły mnie trzy lata jej nagrywania więc mam co oglądać. Myślę, że każdej kobiecie spodobają się jej filmy. Trochę o rodzinie, trochę o domu, są też kobiece tematy ale i zwykłe codziennie życie. Spacery po mieście, a czasem i lewniwa kawa. I radość. Dużo uśmiechu, pozytywnego myślenia i wyszukiwania zalet i plusów nawet w kiedy w koło problemy.

Głównej bohaterki nie będę Wam opisywać, sami musicie ją poznać i gwarantuje, że tak jak ja zostaniecie na dłużej. Jej filmy sa idealnymi towarzyszami do porannej kawy, popołudniowego lenistwa lub relaksu w wannie. Oczywiście jeśli nie mamy wtedy pod ręką żadnej książki:)


Powyższe zdjęcia pochodzą z profilu instagramu - Vloglola


Książki czerwca

Po urodzeniu pierwszego dziecka przestałam czytać, sama nie wiem czy to ze względu na brak czasu chyba nie. Po prostu przestałam mieć na to ochotę, książka wymaga jednak skupienia i ciszy. Przestałam czytać na cztery lata. Całe szczęście poczułam znów potrzebę czytania i od kilku lat znowu czytam, regularnie i dużo. I o dziwo nie potrzebuję już ciszy, bo mogę czytać wszędzie.

Mamy początek lipca więc najwyższy czas na przedstawienie książek przeczytanych w czerwcu.

KUBA - dogrywka

Pierwsza książkę Małgorzaty Domagalik o Kubie Błaszczykowskim przeczytałam już w zeszłym roku. W tym roku w marcu wyszła dogrywka tej książki czyli takie uzupełnienie. Treść jest taka sama jednak dodany jest jeden rozdział. Rozdział pisany w takim samym tonie uzupełniony o najnowsze informacje o piłkarzu

Kogut domowy 

Lekka i życiowa historia o mężczyźnie, który stracił pracę i zajął się domem i dziećmi w czasie kiedy jego żona wróciła do pracy na pełen etat. Zamiana ról to coraz częstsza sytuacja spotykana również w Polskich domach. Polecam książkę Nataszy Sochy.

Trzepot skrzydeł

Książka pochłonięte w niecałe trzy godziny. Historia kobiety ślepo wierzącej że jej mąż się zmieni i będą żyli długo i szczęśliwie. Książka o poważnym problemie jakim jest przemoc jednak pisana w dosyć łatwy do przeczytania sposób. Polecam komuś kto chce przeczytać coś w tym temacie jednak nie koniecznie wchodząc w szczegóły problemu.

W lipcu czeka mnie nowość od Jojo Moyes, którą już wielu miłośników książek tego typu zapewne przeczytało. Miałam lekki poślizg w zamawianiu nowych książek stąd to opóźnienie ale jeszcze chwila i zaczynam wracać do historii Lou.





Jestem matką i naprawdę cieszę się na wakacje.

Znacie zapewne demotwator krążący po sieci, na którym jest zadowolona trójka dzieci i smutna matka. Dzieci radosne bo zaczynają się wakacje, a co za tym idzie luz, blues i słodkie lenistwo. Matka jednak załamana bo trójka dzieciaków na głowie. Ja jednak niezmiernie cieszę się razem z nimi.

Oczywiście nie zamierzam się tutaj chwalić jaką to jestem cudownie radzącą sobie i poukładaną kobietą, wcale też nie zamierzam Was przekonywać, że podporządkowałam sobie dzieci i chodzą jak w zegarku. Nie, ale prawdą jest że nasi synowie są dość zżyci ze sobą i spokojniej funkcjonują kiedy są razem niż kiedy, któregoś z nich brakuje.

Dlaczego się cieszę?

Po pierwsze: WYSYPIANIE

Rano mogę się wyspać do woli, nie muszę zrywać się o 7:00 razem z budzikiem, żeby naszykować śniadanie, ubrania i dziesięć tysięcy razy wchodzić do pokoju chłopaków, żeby ich dobudzić. Nie muszę też odwozić dzieciaków do szkoły i przedszkola i denerwować się czy na pewno zdążymy. Wysypiam się do woli, a nawet kiedy chłopaki wcześnie wstaną to albo grzecznie się bawią (bo są razem, a to najbardziej lubią), albo też się budzę jednak nie zrywam się od razu bo goni mnie czas, tylko leżakuję sprawdzając co w nocy działo się np. na instagramie.

Po drugie: POWOLI i LENIWIE

Kiedy już zdecyduję się, że wystarczająco się należałam, to chodzę jeszcze jakieś dwie godziny w piżamie. W piżamie robimy śniadanie, pijemy kawę i planujemy wspólnie dzień.

Po trzecie: WAKACYJNY TRYB MYŚLENIA

Teoretycznie przedszkole i szkoła to tylko niewielka część naszego życia, jednak jakby skupić się na rozłożeniu tych placówek na czynniki pierwsze to my rodzice musimy wziąć naprawdę sporo pod uwagę i wdrążyć to w planowanie dnia i tygodnia. Dwójka dzieci w placówkach to znaczy, że dla dwójki dzieci codziennie musi być naszykowane czyste ubranie. Trzeba pamiętać o zebraniach, o zapłacie za wycieczki i o ich terminach. O nauce wierszyka na przedstawienie, o produktach poproszonych o przyniesienie. I najważniejsze NIE MA ZADANIA DOMOWEGO!

Po czwarte: TYLE MOŻLIWOŚCI

Wakacje, to lato a lato to (teoretycznie) słońce. Dzieciaki mają tyle możliwości do nowych doznań. Basen, spacery, wycieczki rowerowe, place zabaw itp. Wiem, że można to robić cały rok ale latem o wiele łatwiej o odpowiednią pogodę dla takich atrakcji.

Po piąte: KOLEDZY

Ten punkt lubię najbardziej. Nasi synowie są typowymi ssakami stadnymi i im więcej ludzi tym lepiej i dla nich (bo można się lepiej bawić) i dla mnie (bo zajmują się sobą wzajemnie i nie muszę ich praktycznie pilnować. Wiem, to może brzmieć niewiarygodnie ale tak jest. Nasz dom jest otwarty na znajomych naszych i naszych dzieci, a latem to wręcz prosimy się o gości bo dzieciaki same się bawią, a ja mogę spokojnie pić kawkę. A w wakacje kiedy wszystkie dzieciaki mają wolne, to częściej się wzajemnie odwiedzają.

Podsumowując, uwielbiam wakacje i czekałam na nie z niecierpliwością tak jak dzieci albo nawet i bardziej. A Wy?



Kobiety też kibicują!

Rozpoczęły się już Mistrzostwa Świata w piłce nożnej. Wydarzenie odbywające się raz na cztery lata, a przez ten czas kibice trzymają kciuki aby reprezentanci ich kraju na Mundialu zagrali. No właśnie - kibice. Czy ktoś w ogóle bierze pod uwagę, że nie są nimi tylko mężczyźni?



Pisząc ten tekst niecierpliwie odliczam minuty do wielkiego spotkania Hiszpanii z Portugalią. Cisza, spokój, będzie pełne skupienie...mąż z dziećmi pojechali na rowerową przejażdżkę. Tak oczywiście, jestem kobietą.

Śmiało mogę powiedzieć, że w naszym domu to ja jestem największym kibicem piłki nożnej. Może nie znam się na wszystkim na czym powinnam i nie śledzę każdej reprezentacji poza Mistrzostwami Świata czy Europy, ale najlepsze drużyny i nazwiska nie są mi obce.

Polską Piłką zaczęłam interesować się w 2002 roku. Jestem wielkim pasjonatem tego sportu. Lubię oglądać polską kadrę, lubię wiedzieć jaki jest skład, znać nazwiska reprezentujących nas piłkarzy i wiedzieć jakimi ludźmi są poza boiskiem. Śledzę profil Polskiego Związku Piłki Nożnej na fp i Instagramie. Czytam książki o naszych piłkarzach i nowinki prasowe. Nie zmienia to jednak faktu, że prócz informacjami poza boiskiem jestem też kibicem. Znam zasady tej gry i wiem nawet co to spalony :D

Na każdy mecz polskiej reprezentacji, nawet towarzyski czekamy odliczając dni w kalendarzu. Siadamy cała rodziną przed telewizorem, malujemy na twarzy barwy naszego kraju, otwieramy chipsy i kibicujemy. I z każdym kolejnym meczem zastanawiam się kiedy w końcu opadnie stereotyp, że facet ogląda mecz, a kobieta lata z piwem. Jakoś nie widziałam, żeby skokom narciarskim czy kolarstwie towarzyszyły takie same zasady, a więc co takiego innego jest w piłce nożnej?

Zawsze lubiłam gry zespołowe. Podziwiałam ludzi, którzy potrafią mobilizować się do wspólnych treningów, dogadać się a potem podczas meczu rozumieć swoje intencje bez słownej komunikacji. Dla dzieciaków to też fajna forma spędzania wolnego czasu. Jest ruch i nauka współpracy w grupie. Pod okiem trenera z dobrym podejściem do dzieci można od małego zasiać w małych piłkarzach odpowiednie wartości. I to wszystko przez zabawę.

Piłkarze są też aktualnie, po prostu na topie. Są modni. Modnie jest interesować się "piłką". Dzieciaki zbierają naklejki, wymieniają się nimi, rozmawiają o swoich idolach, naśladują ich. To dobrze bo przecież piłkarze kojarzą się głównie z pozytywnymi postaciami i cechami. Niejednokrotnie wygrywają z bohaterami gier komputerowych czy filmów. Taki dobry idol.

Dlaczego jeszcze kibicować powinni nie tylko mężczyźni? Ponieważ piłkarze jak w każdej grze zespołowej nie wychodzą na murawę jako Nowak czy Kowalski ale jako kraj. Reprezentują Polskę i myślę, że tak po ludzku dobrze jest wiedzieć kto ten nasz kraj reprezentuje i wiedzieć komu między innymi zawdzięczamy dobre skojarzenia o naszym kraju poza granicami.

Tak więc szykujemy koszulki, farbki do twarzy i czekamy z niecierpliwością na wtorkowe spotkanie Polski z Senegalem! I oczywiście trzymamy kciuki za wygraną:)






Top 5 najlepszych dowcipów

Sezon grillowy rozpoczęty i przed nami kilka miesięcy imprezowania na świeżym powietrzu. Ciepła pogoda to pretekst do grillowania i zapraszania przyjaciół nie tylko w weekend. Jeśli są to przyjaciele to tematy na rozmowy znajdują się same ale bywają i takie spotkania kiedy jesteśmy zaproszeni jako "znajomi znajomych" albo jako osoba towarzysząca. 

Nie zawsze wtedy wiadomo jak zacząć rozmowę i jaki temat poruszyć. O polityce i wierze jak wiadomo, lepiej się nie rozmawiać wśród nieznanych osób, dlatego nie ma nic lepszego na rozpoczęcie znajomości jak dowcip. Pochwalę się dzisiaj moją ulubioną piątką.


Bezsprzeczny numer 1

Czas powodzie, woda w wyższej położonej części miasteczka zeszła i miejscowi zaprosili burmistrza, żeby przyjechał zobaczyć straty i wesprzeć dobrym słowem mieszkańców. W dole, gdzie ciągle była woda widać było pływający kapelusz. Lewo, prawo, lewo, prawo... burmistrz zainteresowany pyta: - a co ten kapelusz tak pływa tam i z powrotem? Ktoś z mieszkańców odpowiada: - aa to Zenek, mówi powódź, nie powódź zaorać pole trzeba.


Miejsce drugie

Trzech anemików siedzi na ławce. Jeden patrzy w niebo i mówi: - chyba będzie dziś padać. Po godzinie drugi patrzy w niebo i odpowiada: - chyba jednak nie będzie padać. Po kolejnej godzinie odzywa się trzeci: - idę, nie lubię kłótni

Miejsce trzecie

Facet opowiedział koledze dowcip, a ten pękł ze śmiechu. Gostka oskarżono o morderstwo. Na sali sądowej sędzia mówi:
- Proszę opowiedzieć ten kawał.
- Nie wysoki sądzie, bo nie chcę wszystkich pozabijać.
- W takim razie proszę opowiedzieć go komisji.
Do komisji zostali wydzieleni policjant, adwokat i prokurator. Zamknięci w dźwiękoszczelnym pomieszczeniu, wysłuchali dowcipu. Adwokat i prokurator pękli ze śmiechu, a policjant wychodzi i mówi:
- To wcale nie było śmieszne.
Gostek został uniewinniony. Za rok w wiadomościach podają: Na rogu Marszałkowskiej i Hożej z niewiadomych przyczyn pękł policjant. 


Miejsce czwarte

Spotkało się kilku informatyków i jak to zwykle bywa, rozmowy szybko zeszły na tematy komputerowe. Wreszcie któryś z nich zaproponował:- Panowie, porozmawiajmy o czymś normalnym, np. o dupach. Nastąpiła bardzo długa cisza, a po niej jeszcze więcej krępującego milczenia. Wreszcie któryś odpowiada:- Słuchajcie, moja karta graficzna jest do dupy... 


Miejsce piąte

Mama pyta Jasia:
- jak tam w szkole?
- jak na komisariacie mamo, ciągle o coś pytają, a ja nie znam odpowiedzi.


A jaki jest Twój ulubiony dowcip?


źródło www.akuku.pl


Kask równa się życie

Mieszkam w miejscu, z którego widać trzy skrzyżowania, osiem ulic, fitpark i plac zabaw. Nie ma minuty żeby nie jechało jakieś dziecko na rowerze, rolkach czy deskorolce. Tylko 10 procent dzieciaków ma kask. Wiem, że rodzice ufają swoim pociechom i wierzą że będą jeździły ostrożnie ale nigdy nie mogą być pewni, że w tym samym czasie na tej samej drodze nie pojawi się np. pijany kierujący samochodem. 

Mieszkam w dosyć spokojnej dzielnicy, to ostatnia dzielnica w mieście ale jednak z drogą przelotową i z odległością 10 minut samochodem do centrum. Fajna lokalizacja. Można poczuć się jak na wsi ale jednocześnie kilka chwil i jesteśmy w mieście. Idealna miejscówka, żeby zapomnieć, że jest się w mieście. I właśnie często zapominają o tym rodzice bo kiedy wychodzą ze swoich domów to mają ogródek, znajomą piekarnię, skwerek z trawą, miejsce na zrobienie pikniku i polne ścieżki na spacery. Zapominają, że tuż za zakrętem dzieje się miejskie życie pełne samochodów. Razem z początkiem naszej dzielnicy kończy się obwodnica, zgadnijcie czy kierowcy zauważają tą zmianę i zdejmują nogę z gazu?

Podobny wywód napisałam na jednej z grup rodzicielskich mojego miasta. Nie oczekiwałam komentarzy bo temat wydawał mi się oczywisty, tak banalny i świadomy. Pomyślałam, że fajnie byłoby zobaczyć kilka lajków pod postem ale ku mojemu zdziwieniu znalazła się odważna mama, która napisała:

 "wypadki zdarzają się też na placu zabaw i spacerze. Mamy zakładać dziecku kaski i tam?".
Ironicznie odpisałam tej kobiecie "skoro tak stawiasz sprawę to tak, na spacerze też można się zabić". 

Naprawdę myślałam, że kobieta robi sobie żarty ale Ona brnęła dalej "kiedyś nie było takiego sztucznego nacisku na kaski". Sztucznego nacisku? Pamiętajmy, że kiedyś nie było tylu samochodów, kierowców i szybkich tras. To nie sztuczny nacisk, a dostosowanie zasad do aktualnych realiów. Poza tym czy naprawdę trzeba tłumaczyć ludziom przed czym chroni kask? Kochasz swoje dziecko to o nie dbaj! Kupujemy dzieciom eko-produkty i zabawki z materiałów z atestem dla bezpieczeństwa i zdrowia, a nie dajemy kasku na rower? Helloł czy tylko ja nie rozumiem tej logiki?


Jestem dumną mamą trzech chłopaków. Chłopaków, którzy nawet na podwórku jeżdżą w kaskach. Fakt, kiedyś ich tego nauczyliśmy to nasza zasługa. Wkładaliśmy im kaski kiedy siedzieli jeszcze w fotelikach na naszych rowerach, potem kiedy jeździli w przyczepkach rowerowych i kiedy sami zaczęli pedałować na swoich czterokołowcach. Teraz wkładają kaski odruchowo, jakby to były buty. Idziemy na rower - bierzemy kask. I tą mądrość zawdzięczają już sami sobie. Bo czym skorupka za młodu nasiąknie tym na starość trąci. 

Pół roku temu najstarszy syn miał wypadek. Bardzo poważny, od nieszczęścia dzieliły go milimetry. To nie był wypadek na rowerze, to nie był nawet wypadek w ruchu drogowym. I ten wypadek wcale nie uświadomił mi ze życie jest kruche i trzeba np. zakładać dzieciom kaski. My to wiemy, ale ten wypadek uświadomił mi że tą wiedzą należy się dzielić bo wielu z nas to typowy Mądry Polak Po Szkodzie. Człowieku jak chcesz się przekonać jak traci się zdrowie i życie bez kasku to po prostu to wygoogluj i ucz się na cudzych nieszczęściach, a nie narażaj swojego dziecka.


Najstarszy z naszych synów prócz kasku ma też rękawiczki, ochraniacze i skorupę na plecach. Ktoś pomyśli, że to przesada i złapie się za głowę. Spokojnie akurat te wszystkie gadżety syn wybrał sobie sam. Jest fanem bmx'a i każdą wolną chwilę spędza na ćwiczeniu różnych tricków. On lubi ten cały sprzęt. Jedni zbierają karty z piłkarzami, On kompletuje sprzęt na rower. Na pewno nie będę nikogo zmuszać do zakładania dziecku aż tyle bo wiem, że nikt nie weźmie tego na poważnie, chociaż nad skorupą warto się zastanowić, w końcu kręgosłup tak samo ważny jak głowa...

Tak na zakończenie - błagam Was, dawajcie swoimi dzieciom kaski nawet jeśli One go nie lubią i się buntują. Może kaski są dla niektórych zbyt drogie, ale życia dziecka jest warte wiele więcej.


Gry planszowe dla całej rodziny

Gry planszowe zagościły u nas na dobre od ostatniego Dnia Dziecka, kiedy to chłopaki dostali grę od babci. Zachwycił ich znany nam dobrze chińczyk. Zaczęliśmy więc kupować im gry i z radością obserwujemy jak świetnie się przy tym bawią. 

Wczoraj zapukał kurier z niespodzianką od firmy Alexander. W paczce były trzy gry, które chłopaki od razu chcieli testować. I tak też zrobiliśmy. Pomyślałam, że może uda mi się jeszcze przedstawić dla Was te gry przed nadchodzącym Dniem Dziecka. Wiem, że wielu z Was właśnie takie prezenty lubi wręczać swoim dzieciakom wiec może jeszcze skorzystacie z naszych opinii.

1. Gdybyś był

Pierwsza gra, którą chłopaki otworzyli. Skusiła ich wesoła gąsienica na pudełku.

Zasady: Rozpoczynający zabawę gracz bierze jedną z kart i kręci wskazówką. Następnie czyta treść karty dla osoby, na która wskazała wskazówka. Np. Piotruś, gdybyś był pierogiem ruskim to..." podaje też odpowiedzi a, b, c. Pozostali gracze obstawiają swoje typy i sprawdzają czy odpowiedz pokrywa się z odpowiedzią głównego zainteresowanego. Podczas gry zdobywa się punkty i porusza w stroną pola z metą.





2. Gorący ziemniak

Niewątpliwie najbardziej pochłonęła synów. Chociaż nie tylko ich. Nam tez spodobała się ta gra. Graliśmy w nią już kilkanaście razy, a najstarszy syn wziął ją nawet dziś do szkoły. Koledzy również mieli fajną zabawę na przerwie. W upalne dni kiedy na dworze gorąco fajnie było zostać na przerwie w budynku szkoły i pograć w ziemniaka. 

Zasady: Bardzo proste, do załapania w mig. Osoba rozpoczynająca czyta pytanie z wybranej karty np. "Podaj nazwę bajki", kręci wskazówką i odpowiada. Następnie podaje gorącego ziemniaka kolejnej osobie, która robi to samo. Odpowiedzi padają tak długo dopóki kręci się wskazówka. Osoba, która trzyma ziemniaka w czasie kiedy skończy się czas przesuwa swój pionek to przodu. Przegrywa osoba, która najszybciej dojedzie na metę. Zostaje "spalonym ziemniakiem".







3. Nie śmiej się.

Taka wesoła odmiana znanej gry kalambury. Dzieciaki nawet najmniejsze świetnie odnajdą się w tej zabawie. Dodatkowa atrakcją jest czas odmierzany klepsydrą i sztuczny nosek na twarz. W czasie gry od śmiechu mogą zaboleć brzuchy:)

Zasady: jedna z osób kręci wskazówką losując zawodnika, który rozpocznie pokazywanie haseł.  Wskazany gracz rzuca kostką i losuje hasło do pokazania. Podczas pokazywania można wydawać odgłosy oraz wykorzystywać mimikę twarzy. Ruch pionkiem do przodu wykonuje osoba, która odgadła hasło i osoba pokazująca. Wygrywa zdobywca mety.















Więcej GIER i nie tylko pod linkami:
Na stronie - klik
Fanpage'u - klik
i instagramie - klik.
Polecam również zestaw Mały Konstruktor: klik tutaj.


gimpelife © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka