Menu

Walentynki przeniesione


Serca, serduszka, czerwone paznokcie, różowe torciki i inne miłosne gadżety, które wypełniają półki w sklepach.
Ładnie, miło ale u nas walentynki przeniesione.


Dobra luz sensacji nie będzie, nie ma rozwodu i tego typu akcji. Po prostu mąż w pracy. Strażacka służba jak wiadomo trwa 24 godziny więc jak mąż wyszedł z domu dziś rano o 7:00 to wróci dopiero jutro rano. Walentynki zostały przeniesione. Były wczoraj. I nawet lepiej bo dziś Środa Popielcowa, czyli post ścisły. Szału romantyczną kolacją i deserem byśmy nie zrobili, poza tym dziś też najstarszy syn ma wizytę u logopedy, a średni trening piłki. Pewnie więc minęlibyśmy się dziś, a wieczorem padli razem z zajściem słońca i byłoby po walentynkach. No i wczoraj czułam się super, a dziś po przebudzeniu fatalnie, chyba zaczyna się jakieś przeziębienie.

A jak jest co roku? 

Każdego roku walentynki wyglądają podobnie czyli czekoladki, kartka z miłosnym wyznaniem i kwiatek. Nie wręczone osobiście no bo jak, walentynek się nie daje z ręki do ręki, i nie podpisuje. Anonimowość konieczna! Zawsze gdzieś ją znajdę, a to w sypialni koło łóżka, a to pod talerzem przy śniadaniu. Była też jednego razu koło żelazka, o tak romantycznie.

Taka bardziej romantyczna część dnia zaczyna się dopiero wieczorem kiedy dzieciaki zasypiają. Mąż gotuje wtedy spaghetti, to nasze danie. Robił je w każdą rocznicę naszego poznania i w jakiś ważnych okolicznościach. Jeszcze za czasów panieńsko - kawalerskich w akademiku. Jedni mają swoją piosenkę lub miejsce, a my mamy potrawę. Chociaż miejsce też, ale o tym napiszę innym razem.

Czy zawsze zostajemy w domu? Tak, przynajmniej od czasu kiedy mamy dzieci. Nasi rodzice i znajomi też mają przecież swoje walentynkowe święto więc absolutnie nikomu nie chcemy wtedy zostawiać chłopaków. W końcu każdy zasługuje na romantyczny dzień, a już na pewno wieczór.

Obchodzimy? 

No jasne, i o tym właściwie powinnam napisać na początku. Pewnie, że obchodzimy, a teksty typu "kochać trzeba się codziennie" wcale mnie nie zniechęcają. Wiadomo, że kochać i okazywać sobie uczucia trzeba cały rok ale nie zawsze jest ten czas by o tym porozmawiać, by usiąść razem nie tylko po to by zaplanować kolejny miesiąc w kalendarzu czy rodzinny budżet. Co prawda nie dmuchamy czerwonym balonów w kształcie serce i nie wypełniamy nimi całego domu, wanny też nie zapełniamy szampanem i płatkami róż, ale taki drobny gest jak walentynkowa kartka i kolacja przy świecach to naprawdę wspaniały pomysł. I tak sobie myślę czy, Ci którzy nie obchodzą walentynek, a są w związku naprawdę traktują ten dzień jak każdy inny? Serio? Dlaczego?



Są ferie! Jest śnieg!

Zima w naszym kraju wygląda jak wygląda. Na palcach jednej ręki mogę policzyć ile razy w naszym mieście spadł śnieg, z którego udałoby się ulepić porządną śnieżkę. No już nie myślę nawet o bałwanie. Dlatego kiedy zbliżały się ferie, a mąż przy śniadaniu zapytał gdzie chcemy pojechać, jednogłośnie krzyknęliśmy - do śniegu!

Najpierw trochę się przestraszyliśmy, że przecież już styczeń i pewnie wszystkie fajne miejsca w polskich górach zarezerwowane ale mieliśmy szczęście. Drugi numer pod który zadzwoniliśmy okazał się mieć wolne noclegi w terminie, który mieliśmy zaplanowany na wyjazd. Dostaliśmy piękny domek. Zapach drewna, kominek, przytulny salon z ciepłymi kocami. Wyposażona  kuchnia, pokoje z łazienkami i kosz zabawek. I widok z okna. Cudowny widok.

Pojechaliśmy do Wisły. Domek mieliśmy na szczycie góry także podwójna przyjemność bo i widok z góry przepiękny i atrakcja jaką jest wjazd i zjazd. No i śnieg! Był! Dopisał w stu procentach. Wystarczająco by zjeżdżać na nartach i sankach i wystarczająco by założyć okulary przeciwsłoneczne. Dzieciaki najwięcej zabawy miały nie podczas atrakcji ale po prostu wychodząc rano przed domek i lepiąc bałwana, rzucając się śnieżkami czy zwyczajnie turlać się i robić orzełki. Dlatego też w dół do miasta zjeżdżaliśmy dopiero po drugim śniadaniu, a jak jak planowaliśmy po pierwszym.

Udało nam się w ciągu tych kilku dni pojechać na skocznię im. Adama Małysza i do Lasu Niespodzianek gdzie między zwiedzającymi spacerowały zwierzęta. Był też wyciąg, stoki i basen. A ostatniego dnia w drodze do domu zatrzymaliśmy się z Żorach w Muzeum Ognia. Serdecznie polecam jeśli będziecie w tamtych stronach.

Nie będę Was zanudzała opowieściami jak cieszymy się, że udało nam się pojechać w tym zimowym terminie. Każdy kto ma dzieci wie jaką radością są dla nich zabawy w śniegu. Ale powiem Wam, że ja też tego potrzebowałam. Jednak organizm ma potrzebę odczuwania czterech pór roku. Wyraźnie musi być różnica między upalnym latem i mroźną zimą. I chociaż trochę śniegu w naszym mieście popadało to jednak absolutnie nie można tego porównać. Musieliśmy pojechać na ferie i pozacierać ręce z zimna czekając w kolejce na wyciąg, a potem wrócić do domku i rozgrzać przy kominku zmarznięte noski, żeby poczuć tą prawdziwą zimę.

Teraz kiedy słyszę od znajomych, że wychodzi słońce i chyba już powoli robi się wiosna, myślę sobie "a proszę bardzo niech jest wiosna, bo my już swoją zimę mieliśmy". 




Czas na analizę postanowień noworocznych

Strzeliła już połowa stycznia i najwyższy czas, by przeanalizować spisane w grudniu postanowienia. Bo tak właśnie robię, w grudniu spisuję, a w połowie stycznia znam już swój zapał, swoje możliwości i logicznie szacuję co z listy uda się zrealizować, a co było wpisane pod presją chwili "bo trzeba zrobić postanowienia".


A postanowień jest sporo, naprawdę bardzo dużo bo w tym roku lista wyglądała inaczej, a konkretnie to były dwie listy. Pierwsza nietykalna, której na pewno nie zmienię  i niczego z niej nie wykreślę. To lista miejsc, do których w tym roku chcę pojechać. Pojechać bo dawno w nich nie byłam, bo nie byłam wcale albo nie były w nich moje dzieci. Poza tym są takie miejsca, które moim zdaniem trzeba odwiedzać co jakiś czas tak dla zasady. Żeby nie zapomnieć jak wyglądają, żeby założyć w końcu tą małą czarną, żeby znaleźć się w innym otoczeniu niż zazwyczaj. I tym się kierując lista zrobiła się długa bo na ponad 40 miejsc. Są na niej np muzeum, filharmonia, teatr. Albo coś bardziej luźnego jak kino, pizzeria, dzielnicowy festyn. Jest też coś dla dzieci między innymi basen, wesołe miasteczko, cyrk (chociaż tutaj ciężko będzie znaleźć taki bez zwierząt). No i nauka czyli oceanarium, planetarium i muzeum ognia. Poza tym wymyśliłam sobie mecze. W życiu byłam tylko na meczu piłki ręcznej i nożnej. Fajnie było by zobaczyć na żywo np mecz koszykówki czy hokeja. Mam nadzieje, że te wymienione miejsca i te pozostałe uda nam się odwiedzić. Przyznam się po cichu, że byliśmy już na dyskotece, takiej prawdziwej z kolorowymi światełkami i dymem, poczułam się znowu jakbym miała naście lat.

Druga lista postanowień jest taka standardowa jaką spisywałam zawsze i jaką każdy z Was zapewne spisuję. Typowe: schudnę, znajdę sobie pasje, przestanę otaczać się ludźmi, którzy tylko marnują mój czas, zacznę prowadzić zdrowy tryb życia i tak dalej. No i tutaj właśnie dodane do wpisu zdjęcie nie jest przypadkowe.

Po analizie kilka postanowień niestety odpadło. A może i stety? Lepiej mieć kilka i o nie dbać niż całą litanie i się gubić. U mnie więc ostatecznie zostało niewiele. Raptem pięć. Pozwolicie, że te prywatniejsze zostawię dla siebie ale postanowieniem o zmianie diety mogę się z Wami podzielić. Pochwalić. Właściwie to nie chodzi tylko o zmianę odżywiania ale o cały tryb życia. Lepsza dieta, czas na powietrzu, mniej alkoholu, wysiłek fizyczny. Co roku padały takie postanowienia i co roku właśnie w po pierwszych trzech dniach dawałam za wygraną. Dlatego teraz z postanowieniami ostatecznymi poczekałam właśnie do połowy stycznia. Już nie co więcej wiem, pierwsze zachłyśnięcia się nowym rokiem opadły, wróciło myślenie codzienne a nie świąteczne i jestem pewna, że dam radę. Zapisałam się na zajęcia zumby, odrzuciłam alkohol, słodycze jem raz na dwa dni, piję więcej wody. A i dodatkowo zapisałam się na spotkanie z Anią Lewandowską, które będzie w kwietniu we Wrocławiu. Mija trzeci tydzień stycznia, a ja mam na wadzę prawie 4 kg mniej. Nawet nie wiecie jak się cieszę. W końcu się udało ruszyć z kanapy i w końcu mam motywację na dalsze zrzucanie.

A jak Wy spisujecie postanowienia? W grudniu? A może tak jak ja analizujecie wcześniej spisaną listę jakiś czas po jej spisaniu? Pochwalcie się.


Otulam się zapachem Le Petit Marseillais

Od zawsze mam szczęście w grach. Wygrywałam w życiu już tyle razy, że przestałam liczyć. Przedmioty, bony, wejściówki, bilety... Pierwszy raz wygrałam sto złotych w totolotka, kiedy miała siedem lat, a ostatni raz wczoraj w jakieś zdrapce, które leżały przy kasie w supermarkecie i kupiłam bo ekspedientka nie miała wydać złotówki. Tyle własnie kosztowała zdrapka.

Jakiś czas temu postanowiłam sprawdzić czy będę miała też szczęście w innego rodzaju dziedzinach i zgłosiłam się jako ambasadorka w firmie Le Petit Marseillais. Kilka dni później dostałam meila, że została wysłana do mnie paczka.

Strasznie się ucieszyłam, już sam fakt otrzymania paczki i ta ciekawość podczas otwierania była ekscytująca. Jeszcze zanim dotarłam do zawartości byłam pod wrażeniem pudełka. Było na tyle mocne, że od razu dzieciaki zabrały do swojego pokoju na zabawki. Ale do rzeczy. W środku znajdował się żel pod prysznic o zapachu truskawki. Słodki, jednocześnie odświeżający. Używając go podczas wieczornej kąpieli, rano nadal czułam na skórze zapach truskawki. 400 mililitrowa buteleczka. Plus aż 20 próbek do rozdania znajomym. To naprawdę sporo. No i dodatkowo, w sam raz dla herbaciarki jaką jestem - zaparzacz do herbaty w kształcie truskawki.

Po miesiącu dostałam wiadomość o kolejnych poszukiwaniach ambasadorek. Wypełniłam ankietę, która składała się z kilku pytań i znów się udało. Tym razem dostałam zestaw dwóch dezodorantów i żelów pod prysznic. Jednym kompletem ambasadorka miała podzielić się z przyjaciółką. Tak też zrobiłam. Podarowałam dezodorant i żel o zapachu kwiatu pomarańczy, a sobie zostawiłam brzoskwinię. Mój żel błyskawicznie się skończył ponieważ był mniejszy niż poprzedni  truskawkowy, natomiast dezodorant mam już miesiąc i szacuję, że jest jeszcze połowa pojemnika. Doskonale chroni, przynajmniej na tyle na ile wymagają tego moje potrzeby i bardzo długo utrzymuje się zapach.

Jestem bardzo zadowolona z kosmetyków, biorąc pod uwagę ich skład, zapach i delikatność w skali od 1 do 10 oceniam całość na mocną ósemkę. Mam nadzieje, że uda mi się jeszcze zostać ambasadorką i będę mogła podzielić się z Wami kolejnymi nowościami. Zresztą same też możecie spróbować. Wystarczy, że zarejestrujecie się na stronie Le Petit Marseillais i wypełnicie ankietę. Następnie czekacie na nabór do kampanii i trzymacie kciuki za wybór. Polecam!

Jeśli jesteście ciekawi opinii innych ambasadorek, szukajcie na portalach społecznościowych #lepetitmarseillais  #swiezosclpm #ambasadorkalpm 



Blogmas 2017 - prezenty

Witam w trzeciej i ostatniej części blogmasa. Święta już za nami, cieszymy się okresem świątecznym, który nam pozostał i upominkami, które otrzymaliśmy. Właśnie w tym celu do Was dzisiaj piszę, aby podzielić się prezentami jakie znaleźliśmy w tym roku pod choinką.



Czym kierowaliśmy się robiąc sobie prezenty? Różnie, część to spełnienie marzeń (i tu głównie chodzi o dzieci), a reszta to kwestia potrzeb lub zainteresowań.

Zabawki

Dzieciaki dostały zabawki, wiadoma sprawa. Mają swoje ulubione pojazdy z niemieckiej formy Bruder i przy każdej prezentowej okazji właśnie o tym marzą. Ok, jeszcze o lego, ale klocki zostawiliśmy sobie na urodziny bo nie mogliśmy sobie wyobrazić, żeby koło godziny 18:00 tuż po wieczerzy wigilijnej nagle zacząć składać trzy ogromne zestawy lego, to byłoby niemożliwe by zdążyć przed północą:) Wracając do pojazdów, to dzieciaki mają swoje katalogi i na bieżąco zaznaczają tam co chciałyby dostać tak więc nie było problemu, wystarczyło zerknąć:)


Książka

Jestem molem książkowym + ostatni kwartał poprzedniego roku moje ręce trzymały głównie książki Jojo Moyes więc nie trzeba było długo się zastanawiać żeby odgadnąć jaki prezent pod choinką mnie ucieszy. Kolejna książka tej autorki zagościła na półce.


Spieniacz do mleka

Mówiłam Wam już, że pomimo swoich 30 lat na karku kawę piję dopiero od trzech lat? I to jedną co drugi dzień. Gdy jest okazja albo po prostu kiedy opije mi się herbata. Lubię wtedy napić się czegoś delikatnego, z cukrem i mlekiem. I chyba właśnie dlatego dostałam spieniacz. Kawa smakuje o wiele delikatniej no i nie muszę Wam chyba mówić jak ładnie prezentuje się na zdjęciach instagramu;)


Gitara

Długo zastanawiałam się nad prezentem dla męża. Z jednej strony ma wiele zainteresowań ale też wiele gadżetów związanych ze swoimi zainteresowaniami już posiada. Ciężko było wymyślić prezent i kiedy byłam już zrezygnowana i chciałam się poddać zobaczyłam jakiś instastories, w który pewna kobieta pokazywała swój wynajęty domek podczas rodzinnego wypadu. Dodała podkład muzyczny, kilka szarpnięć strun gitary akustycznej. I to był strzał w dziesiątkę. Mój mąż w czasach licealnych i studenckich miał zespół rockowy, w którym grał na różnych instrumentach. Poza tym ma dobrą rękę do instrumentów więc nie wahałam się ani chwili. Na wiele instrumentów trzeba mieć albo miejsce w domu albo większość ilość pieniędzy, a taka gitara z dobry rąk okazała się trafiona.


Kubek i toster

Standardowo coś do kuchni musi być, bo łatwo i szybko. I przecież każdy coś do kuchni potrzebuje, a Panie domu to już na pewno wiedzą, że nawet jeśli aktualnie czegoś nie potrzebują to na półce stać sobie może bo w końcu się przyda. Kierując się tym tropem ale też faktem, że moi rodzice tuż przed świętami zakończyli remont kuchni gdzie totalnie zmienili kolorystykę, nie było wątpliwości co kupujemy. Coś pod kolor! Kuchnia miała wcześniej tysiące barw, teraz jest kremowo biała. Wystarczyło wejść do sklepu z akcesoriami do kuchni i wybrać coś z tym kolorze. Wybór padł z toster ponieważ rodzice uwielbiają grzanki, a toster stoi na blacie więc nowe, ładne, estetyczne jest strzałem w dziesiątkę.

A co Wy znaleźliście pod choinką?

Blogmas 2017 - gwiazdki diy

Od kilku lat coraz bardziej zaskakują mnie ceny ozdób na świąteczną choinkę. Bombki można kupić już po kilka groszy, dosłownie - kilka groszy i to te szklane. Łańcuchy, kolorowe i delikatne też nie odstraszają już ceną. Jestem przekonana, że głównym powodem obniżki cen jest fakt, że mają mocną konkurencje.

Jak można zauważyć, hitem ostatnich lat są przedmioty robione własnoręcznie. I takie np aniołki z masy solnej czy łosie z orzechów fistaszkowych są bardzo mile widziane na choince. To, że coś jest robione ręcznie i czasem jeszcze nie zbyt umiejętnie nie znaczy, że jest brzydkie i nie wygada schludnie. Nawet taka krzywo pomalowana bombka czy źle sklejony łańcuszek, jeśli jest w dopasowanej, przewodniej kolorystyce będzie prezentował się pięknie na zielonych gałązkach, a w całości nasze drzewko będzie wyglądało wspaniale.

I ja wciągnęłam się w tą modę robienia samodzielnie różnych ozdób do domu. W tym roku pierwszy raz bawiłam się w tworzenie ozdób świątecznych. Głównie dlatego, że najstarszy syn jest pierwszakiem i trzeba było przygotować coś na świąteczny, szkolny kiermasz. Najpierw zrobiłam świeczniki ze słoików (możecie je zobaczyć na instagramie), a potem wpadłam jeszcze na pomysł gwiazdek. Banalne, chyba nie ma łatwiejszych ozdób na choinkę. Potrzebowałam do tego tylko wykałaczek i kleju na gorąco. Wykałaczki dostępne są w każdym sklepie i na pewno nie będziecie mieli problemu z ich kupieniem, natomiast pistolet i klej hmmm nawet jeśli nie macie to kupcie koniecznie. To  jeden z moich ulubionych sprzętów w domu. To czego mąż nie zrobi wiertarką, to ja spokojnie przykleję na klej. Taki dobry pistolet (przeważnie już z kilkoma pałkami kleju) można kupić nawet za 50 zł. Uważam, że warto.




Przechodząc do konkretów - zadanie jest proste. Wystarczy ułożyć pięć wykałaczek w kształt gwiazdy i skleić ze sobą łączące się końce. Ja potrzebowałam zrobić najpierw około 10 gwiazdek, żeby nabrać wprawy, wiedzieć ile kleju dodać, żeby nie było za dużo ale żeby się skleiło i trzymało gwiazdkę z całości. I mniej więcej koło dziesiątej gwiazdki przestałam kleić sobie palce:) Gwiazdka gotowa? To teoretycznie jeszcze nitka lub sznureczek i ozdoba gotowa do zawieszenia na choinkę. Gwiazdki, które oddałam na kiermasz spryskałam czerwonym i złotym sprayem żeby przyciągały uwagę, ale te robione na naszą choinkę zostają w naturalnym, drewnianym kolorze. Proste i piękne.

A jakie Wy robiliście ozdoby w tym roku?

Blogmas 2017 - Mikołaj

Przyszedł grudzień, a w raz z nim świąteczny klimat i świąteczne wpisy. Trochę opowiem jak to wygląda u nas, czym przystrajamy dom, gdzie spędzamy te magiczne dni i może trochę o prezentach.

Pierwszym akcentem, który zbliża nas do świąt jest chyba kalendarz adwentowy. Dzięki niemu dzieciaki wstają wcześniej i nie trzeba ich budzić po kilka razy, żeby nie zaspały do przedszkola i szkoły:) A tak na serio to sama uwielbiam kalendarze adwentowe, i te ze słodkościami i te które podbijają nasze serca ostatnimi laty czyli z herbatami, z próbkami kosmetyków, z ozdobami na choinkę. Najpierw na kalendarzu na spokojnie odliczamy do 6 grudnia do spotkania z Mikołajem i naprawdę jest to spokojny czas. Chociaż w sklepach już można spotkać kolejki to nie ma jeszcze dużego zamieszania. Po szóstym grudnia zaczyna się dopiero bieg aby zdążyć z wszystkim do wigilii i świąt. Ale na razie zatrzymajmy się na Mikołaju. Jak jest u nas?

Jeszcze do poprzedniego roku Mikołaj przychodził osobiście, wiadomo ten prawdziwy z brodą, laską, i worem prezentów. Tym razem było jednak inaczej. Ponieważ Mikołaj w ostatniej chwili musiał zmienić plany, a raczej jego plany zostały zmienione przez szefa (niestety nasz Mikołaj nie był tylko Mikołajem;) ) zostaliśmy postawieni przez dylematem - szukać szybko kogoś innego czy nie spotkać się z nim w tym roku. Ostatecznie wyszliśmy z tej sytuacji obronną ręką.

Najstarszy od jakiegoś czasu mówił, że Mikołaja nie ma, a w tym roku i średni wrócił z przedszkola z takim newsem. Mikołaj żył bardzo dawno, był dobrym człowiekiem, a kiedy zmarł to na pamiątkę jego osoby, inni ludzie przebierają się z niego i wręczają sobie prezenty. Ok skoro tak to nie wyprowadzaliśmy ich z błędu. A pamięć o dobrym człowieku została zachowana kiedy to Mikołaj przebieraniec pojawił się i w szkole u najstarszego i w przedszkolu u średniego. Najmłodszy trzylatek nigdy nie robił sobie nic z Mikołaja więc postanowiliśmy ominąć ten fragment dnia gdzie dzieciaki spotykają się z sobowtórem.

Około 16:00 przez uchylone okno usłyszeliśmy dzwonek Mikołaja. Pobiegliśmy do drzwi, które zastaliśmy uchylone, a przed nimi prezenty i list od Mikołaja. Była też jego czapka, którą zgubił w pośpiechu. Mamy nadzieję, że nie zmarzł zbytnio tego wieczoru :)




Chwila dla siebie czyli czas na nadrobienie zaległości

Niedziela, teoretycznie czas dla rodziny ale, że mąż ma dziś służbę to i cały plan na rodzinne spędzanie czasu nam się sypie. Przeważnie taką niedziele kiedy męża nie ma spędzamy jak każdy inny dzień. Taki więc każdy dzień padł dziś, ale z małą odmianą bo...

zostałam jakby sama. Tylko na dwie godziny ale w tej sytuacji to aż dwie godziny. Ale po kolei. Mąż w pracy to już wiecie. Po obiedzie włączyłam sobie tv, a to rzadko się zdarza więc najmłodszy przyleciał sprawdzić co też mama ogląda. Przytulił się i zagubiony zmianą czasu - zasnął. Najpierw próbowałam go obudzić bo trzylatek śpiący w ciągu dnia to nie jest szczyt marzeń, ale po kilku minutach dałam za wygraną bo spał jak kamień. Szybka myśl - jak to wykorzystać? Włączyć starszakom bajkę, dać miskę słodyczy i też się położyć? Spojrzałam na tablicę korkową w kuchni, o matko ile zaległości! Ok to chyba czas się za nie zabrać. Punktów 8, a wśród nich drukowanie miedzy innymi planu motywacyjnego na listopad. Myślę - o nie! Znowu jęki mamo, a wydrukuj mi też coś, a może traktor, a może.... Dobra sięgam po telefon, whatsapp, koleżanka z sąsiedztwa i piszę hej Piotrek w domu? Uff jest. Trzy minuty później moje chłopaki już przy drzwiach machają do mnie. Poszli do kolegi. Mam jakieś dwie godzinki na nadrobienie październikowych zaległości i ogarnięcia kalendarza na listopad.

Muszę się pochwalić, że w godzinę udało się prawie wszystko ogarnąć. Wydrukowałam co miałam wydrukować, wrzuciłam zdjęcia z telefonu na komputer, przejrzałam październikowy kalendarz i ogarnęłam kalendarz na listopad, posegregowałam nagromadzone rzeczy w szufladzie biurka itd itd., wszystko głównie dzięki temu, że wyłączyłam kabelek od internetu. Zostało mi jeszcze napisanie posta tu na blogu, żeby o sobie przypomnieć i to właśnie robię. I realizacja projektu pod tytułem Koszulki na mecze reprezentacji. Koszulki już mam, pięć sztuk bo dla każdego członka rodziny. Pomysł na napis, numerek i czcionkę też mam. Miały iść do druku ale po przeglądnięciu stron kilku drukarni (i tu już musiałam włączyć internet) okazało się, że przy pięciu sztukach (dla mnie - aż, dla nich - tylko) zapłacę za nadruki blisko cztery razy więcej niż za same koszulki. Stwierdzam więc, że skoro to koszulki na mecze naszej reprezentacji, które będziemy oglądać tylko w domu na kanapie to daruję sobie taki piękny, fachowy nadruk. Prasuję koszulki, robię sobie herbatkę i z pisakiem ukradzionym z piórnika dziecka sama sobie te koszulki na mecze przygotuję. Najbliższy za 12 dni więc zdążę. Ale dobra to już jednak nie teraz bo czas powoli mi się kończy, a najmłodsze dziecię właśnie otworzyło oczka.

Dzięki temu, że nie wykorzystałam tych dwóch godzin na leżenie do góry brzuchem, będę to mogła zrobić jak dzieciaki pójdą spać, a zanim położę się ja. Tym razem kocyk, gorąca herbata i książka:)


gimpelife © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka