Menu

Blogmas 2017 - gwiazdki diy

Od kilku lat coraz bardziej zaskakują mnie ceny ozdób na świąteczną choinkę. Bombki można kupić już po kilka groszy, dosłownie - kilka groszy i to te szklane. Łańcuchy, kolorowe i delikatne też nie odstraszają już ceną. Jestem przekonana, że głównym powodem obniżki cen jest fakt, że mają mocną konkurencje.

Jak można zauważyć, hitem ostatnich lat są przedmioty robione własnoręcznie. I takie np aniołki z masy solnej czy łosie z orzechów fistaszkowych są bardzo mile widziane na choince. To, że coś jest robione ręcznie i czasem jeszcze nie zbyt umiejętnie nie znaczy, że jest brzydkie i nie wygada schludnie. Nawet taka krzywo pomalowana bombka czy źle sklejony łańcuszek, jeśli jest w dopasowanej, przewodniej kolorystyce będzie prezentował się pięknie na zielonych gałązkach, a w całości nasze drzewko będzie wyglądało wspaniale.

I ja wciągnęłam się w tą modę robienia samodzielnie różnych ozdób do domu. W tym roku pierwszy raz bawiłam się w tworzenie ozdób świątecznych. Głównie dlatego, że najstarszy syn jest pierwszakiem i trzeba było przygotować coś na świąteczny, szkolny kiermasz. Najpierw zrobiłam świeczniki ze słoików (możecie je zobaczyć na instagramie), a potem wpadłam jeszcze na pomysł gwiazdek. Banalne, chyba nie ma łatwiejszych ozdób na choinkę. Potrzebowałam do tego tylko wykałaczek i kleju na gorąco. Wykałaczki dostępne są w każdym sklepie i na pewno nie będziecie mieli problemu z ich kupieniem, natomiast pistolet i klej hmmm nawet jeśli nie macie to kupcie koniecznie. To  jeden z moich ulubionych sprzętów w domu. To czego mąż nie zrobi wiertarką, to ja spokojnie przykleję na klej. Taki dobry pistolet (przeważnie już z kilkoma pałkami kleju) można kupić nawet za 50 zł. Uważam, że warto.




Przechodząc do konkretów - zadanie jest proste. Wystarczy ułożyć pięć wykałaczek w kształt gwiazdy i skleić ze sobą łączące się końce. Ja potrzebowałam zrobić najpierw około 10 gwiazdek, żeby nabrać wprawy, wiedzieć ile kleju dodać, żeby nie było za dużo ale żeby się skleiło i trzymało gwiazdkę z całości. I mniej więcej koło dziesiątej gwiazdki przestałam kleić sobie palce:) Gwiazdka gotowa? To teoretycznie jeszcze nitka lub sznureczek i ozdoba gotowa do zawieszenia na choinkę. Gwiazdki, które oddałam na kiermasz spryskałam czerwonym i złotym sprayem żeby przyciągały uwagę, ale te robione na naszą choinkę zostają w naturalnym, drewnianym kolorze. Proste i piękne.

A jakie Wy robiliście ozdoby w tym roku?

Blogmas 2017 - Mikołaj

Przyszedł grudzień, a w raz z nim świąteczny klimat i świąteczne wpisy. Trochę opowiem jak to wygląda u nas, czym przystrajamy dom, gdzie spędzamy te magiczne dni i może trochę o prezentach.

Pierwszym akcentem, który zbliża nas do świąt jest chyba kalendarz adwentowy. Dzięki niemu dzieciaki wstają wcześniej i nie trzeba ich budzić po kilka razy, żeby nie zaspały do przedszkola i szkoły:) A tak na serio to sama uwielbiam kalendarze adwentowe, i te ze słodkościami i te które podbijają nasze serca ostatnimi laty czyli z herbatami, z próbkami kosmetyków, z ozdobami na choinkę. Najpierw na kalendarzu na spokojnie odliczamy do 6 grudnia do spotkania z Mikołajem i naprawdę jest to spokojny czas. Chociaż w sklepach już można spotkać kolejki to nie ma jeszcze dużego zamieszania. Po szóstym grudnia zaczyna się dopiero bieg aby zdążyć z wszystkim do wigilii i świąt. Ale na razie zatrzymajmy się na Mikołaju. Jak jest u nas?

Jeszcze do poprzedniego roku Mikołaj przychodził osobiście, wiadomo ten prawdziwy z brodą, laską, i worem prezentów. Tym razem było jednak inaczej. Ponieważ Mikołaj w ostatniej chwili musiał zmienić plany, a raczej jego plany zostały zmienione przez szefa (niestety nasz Mikołaj nie był tylko Mikołajem;) ) zostaliśmy postawieni przez dylematem - szukać szybko kogoś innego czy nie spotkać się z nim w tym roku. Ostatecznie wyszliśmy z tej sytuacji obronną ręką.

Najstarszy od jakiegoś czasu mówił, że Mikołaja nie ma, a w tym roku i średni wrócił z przedszkola z takim newsem. Mikołaj żył bardzo dawno, był dobrym człowiekiem, a kiedy zmarł to na pamiątkę jego osoby, inni ludzie przebierają się z niego i wręczają sobie prezenty. Ok skoro tak to nie wyprowadzaliśmy ich z błędu. A pamięć o dobrym człowieku została zachowana kiedy to Mikołaj przebieraniec pojawił się i w szkole u najstarszego i w przedszkolu u średniego. Najmłodszy trzylatek nigdy nie robił sobie nic z Mikołaja więc postanowiliśmy ominąć ten fragment dnia gdzie dzieciaki spotykają się z sobowtórem.

Około 16:00 przez uchylone okno usłyszeliśmy dzwonek Mikołaja. Pobiegliśmy do drzwi, które zastaliśmy uchylone, a przed nimi prezenty i list od Mikołaja. Była też jego czapka, którą zgubił w pośpiechu. Mamy nadzieję, że nie zmarzł zbytnio tego wieczoru :)




Chwila dla siebie czyli czas na nadrobienie zaległości

Niedziela, teoretycznie czas dla rodziny ale, że mąż ma dziś służbę to i cały plan na rodzinne spędzanie czasu nam się sypie. Przeważnie taką niedziele kiedy męża nie ma spędzamy jak każdy inny dzień. Taki więc każdy dzień padł dziś, ale z małą odmianą bo...

zostałam jakby sama. Tylko na dwie godziny ale w tej sytuacji to aż dwie godziny. Ale po kolei. Mąż w pracy to już wiecie. Po obiedzie włączyłam sobie tv, a to rzadko się zdarza więc najmłodszy przyleciał sprawdzić co też mama ogląda. Przytulił się i zagubiony zmianą czasu - zasnął. Najpierw próbowałam go obudzić bo trzylatek śpiący w ciągu dnia to nie jest szczyt marzeń, ale po kilku minutach dałam za wygraną bo spał jak kamień. Szybka myśl - jak to wykorzystać? Włączyć starszakom bajkę, dać miskę słodyczy i też się położyć? Spojrzałam na tablicę korkową w kuchni, o matko ile zaległości! Ok to chyba czas się za nie zabrać. Punktów 8, a wśród nich drukowanie miedzy innymi planu motywacyjnego na listopad. Myślę - o nie! Znowu jęki mamo, a wydrukuj mi też coś, a może traktor, a może.... Dobra sięgam po telefon, whatsapp, koleżanka z sąsiedztwa i piszę hej Piotrek w domu? Uff jest. Trzy minuty później moje chłopaki już przy drzwiach machają do mnie. Poszli do kolegi. Mam jakieś dwie godzinki na nadrobienie październikowych zaległości i ogarnięcia kalendarza na listopad.

Muszę się pochwalić, że w godzinę udało się prawie wszystko ogarnąć. Wydrukowałam co miałam wydrukować, wrzuciłam zdjęcia z telefonu na komputer, przejrzałam październikowy kalendarz i ogarnęłam kalendarz na listopad, posegregowałam nagromadzone rzeczy w szufladzie biurka itd itd., wszystko głównie dzięki temu, że wyłączyłam kabelek od internetu. Zostało mi jeszcze napisanie posta tu na blogu, żeby o sobie przypomnieć i to właśnie robię. I realizacja projektu pod tytułem Koszulki na mecze reprezentacji. Koszulki już mam, pięć sztuk bo dla każdego członka rodziny. Pomysł na napis, numerek i czcionkę też mam. Miały iść do druku ale po przeglądnięciu stron kilku drukarni (i tu już musiałam włączyć internet) okazało się, że przy pięciu sztukach (dla mnie - aż, dla nich - tylko) zapłacę za nadruki blisko cztery razy więcej niż za same koszulki. Stwierdzam więc, że skoro to koszulki na mecze naszej reprezentacji, które będziemy oglądać tylko w domu na kanapie to daruję sobie taki piękny, fachowy nadruk. Prasuję koszulki, robię sobie herbatkę i z pisakiem ukradzionym z piórnika dziecka sama sobie te koszulki na mecze przygotuję. Najbliższy za 12 dni więc zdążę. Ale dobra to już jednak nie teraz bo czas powoli mi się kończy, a najmłodsze dziecię właśnie otworzyło oczka.

Dzięki temu, że nie wykorzystałam tych dwóch godzin na leżenie do góry brzuchem, będę to mogła zrobić jak dzieciaki pójdą spać, a zanim położę się ja. Tym razem kocyk, gorąca herbata i książka:)


Mój sposób na spędzenie wolnego czasu

Kilka dni temu podzieliłam się z Wami moimi sposobami na odreagowanie stresów i naładowanie baterii. Dzisiaj opowiem Wam jak spędzam czas, który coraz częściej udaje mi się wygospodarować i który tak naprawdę nie tylko matkom ale każdemu człowiekowi się należy.

Pisałam już kilkakrotnie, że nie mam zbyt wiele tego czasu dla siebie w ciągu dnia. Są dzieci, jest dom, obowiązki, a i z mężem chciałabym spędzić kilka chwil sam na sam. Zresztą nie ma się co rozpisywać, każda matka dobrze wie o co chodzi. Przez ostatnie lata, kilka razy zmieniałam sposób spędzania wolnego czasu. Chyba w zależności od możliwości czasowych i wewnętrznych potrzeb. Jeszcze kiedy mieliśmy jedno dziecko to musiałam koniecznie wyjść domu żeby zapełnić wolne chwile, nie lubiłam zostawać w czterech ścianach. Musiałam spotkać się z ludźmi. Z biegiem czasu widzę, że to była chyba wewnętrzna potrzeba pokazania sobie, że chociaż mam dziecko to mam czas aby wyjść. Chyba chciałam utożsamić się z tymi "dobrymi" radami z kolorowych gazet dla nowo upieczonych mam. W każdym numerze był przynajmniej jeden artykuł typu "zrób coś dla siebie", "wyjdź z domu"  albo "dziecko nie zmienia Twojego życia". Miałam na to ochotę i czas więc dlaczego by tego nie robić?

Teraz kiedy mam trójkę dzieci i jestem na etapie cieszenia się, kiedy na czas zaleję sobie kawę i jeszcze w miarę ciepłą wypiję. Nadal spotykam się ze znajomymi, często wychodzę, oni wpadają do mnie ale to już nie jest taka potrzeba "mam chwile wolną to muszę wyjść". Spotykam się kiedy naprawdę mam chęć. A nie zawsze mam. Czasem wole wykorzystać ją na samotność, kawę i książkę (chociaż ciężko powiedzieć, że z książką jest się samotnym). Bardzo dobrze czuję się ostatnio w towarzystwie papierowych bohaterów. Mniej więcej od półtorej roku, czyli od czasu kiedy najmłodszy z synów potrafił zająć się zabawkami i nie byłam mu potrzebna non stop w ciągu dnia.

Pamiętam, że takie pierwsze chwile dla siebie odnajdywałam rano, koło godziny ósmej, zaraz po wspólnym śniadaniu kiedy chłopaki wyspani, najedzeni i wypoczęci mieli dużo ochoty na zabawę. Po śniadaniu około godziny siedzieli w swoim pokoju zajęci zabawą. Ja w tym czasie sprzątałam kuchnię, wrzucałam pranie do pralki, robiłam kawę i zostawało mi jakieś 40 minut ciszy. A ponieważ nie wszystkie dzieci budzą się tak wcześnie jak moje to nie było mowy, żeby o tej porze wpadać w odwiedziny na kawę. Nie pamiętam kiedy pierwszy raz sięgnęłam po książkę.

Pierwszy raz to oczywiście napisane trochę nad wyraz bo książki czytać lubiłam zawsze. Od podstawówki dwa razy w tygodniu chodziłam do biblioteki i tak zostało mniej więcej do matury. Potem odstawiłam je bok. Nie wiem czy dlatego, że odeszły mi chęci do czytania, czy nie miałam czasu zajęta miłością, studiami i początkiem studenckiego życia. Faktem jest, że mniej więcej półtora roku temu po książkę sięgnęłam drugi "pierwszy raz". Spodobało mi się.

Przypomniałam sobie jak cudownie jest zatopić się w powieści, w cudzym życiu, w cudzym ciele. Przeżywać te same co bohater emocje i nie móc oderwać się od czytania. Wiem, że to może nie brzmieć powalająco dla kogoś kto nie jest molem książkowym i pewnie z moich zachwytów rozumie tyle co ja rozumiem wzdychanie do gry w golfa czy składanie origami. Ale to mnie naprawdę cieszy. Po pierwsze zapełnia wolny czas, po drugie dostarcza mi świetnej rozrywki i po trzecie ubogaca. Na tą chwile nie potrafiłabym zrezygnować z codziennego czytania. Przekazałam to zamiłowanie dzieciom i dbam o to by i mąż czytał. Znam jego ulubioną tematykę i kupuję mu książki. Nie zmuszam go do czytania całymi dniami, ale cieszę się gdy przeczyta jedną książkę na kwartał.

Sierpień zapowiada się u mnie dosyć romantycznym miesiącem jeśli chodzi o książki. Kilka dni temu otrzymałam paczkę od księgarni internetowej Znak, a w niej cztery powieści Jojo Moyes. Ostatnio w grupach czytelników bardzo często przewija się to nazwisko więc nie mogłam odmówić sobie sprawdzenia na "własne oczy" tych książek. Dodatkowym plusem była księgarnia. To jedna z moich ulubionych. Zamawiałam z niej książki już dwukrotnie, a podczas Międzynarodowych Dni Książki - mieli największe rabaty i najlepszy zestaw książek. Strasznie jestem ciekawa scenariuszy, czy będą standardowymi love story czy wkradnie się jakiś nowy, niespodziewany wątek? Nie mogę się doczekać.

A Wy czytaliście już powieści Moyes? Dajcie znać w komentarzach jakie wrażenia? Popłynęły łzy? Linki do księgarni jak zawsze pod zdjęciami.







Chcecie dołączyć do mojego sierpniowego, romantycznego nastroju? Z Jojo Moyes? Koniecznie śledźcie fp księgarni - klik i wyłapujcie promocji na stronie - klik.


Gdy Ci smutno, gdy Ci źle

Chociaż na co dzień tryskam dobrym humorem, optymizmem i błyskotliwością dowcipu, to są dni kiedy potrzebowałabym spakować walizkę i wyjechać gdzieś daleko, żeby odpocząć od życia codziennego.


A ponieważ los sprezentował mi trzy małe ludki do opieki całodobowej, to na wyjazd na bezludną wyspę będę musiała jeszcze trochę poczekać. Nie żebym narzekała jakoś bardzo i chciałam Wam się wyżalić, nie - już wszystkie żale z tego powodu wylałam mężowi. Zrozumiałam, że tak po prostu narazie musi być i znalazłam sobie inne sposoby na reset. Też fajne i też odprężająco. Nie jest to dokładnie to samo co wakacje pod palemką i ciężko mi powiedzieć, że ładuję sobie baterie tymi sposobami, ale na pewno wystarczy, żeby odsunąć od siebie zły nastrój, zmienić negatywne myślenia na pozytywne i puścić wydarzenia kończącego się dnia w niepamięć.


Samotność / spotkania

W zależności od tego jak bardzo źle się czuje. Jak jestem po prostu zmęczona minionym dniem to w zupełności wystarczy kiedy z gorącą czekoladą i książka schowam się pod kocykiem i zatopię w historii innych ludzi. Kiedy jednak zmęczenie towarzyszy mi od dawna i związane jest z jakimś większym zmartwieniem wtedy lubię wyjść z domu, spotkać się z przyjaciółką lub zorganizować babskie spotkanie dla bliskich dziewczyn. Porozmawiać, pośmiać się, zagrać w coś. Nie ukrywam, że to jeden z moich ulubionych leków na smutek.


Przyjemności

Wiadomo, że jedzenie:) Bo przez żołądek do serca, a kto powiedział, że serce musi należeć do kogoś innego? Samą siebie też trzeba lubić i trzeba sobie dogadzać! Na większe smutki włoskie menu - pizza, spaghetti, lazania. Na chwilowy zły nastrój wystarczą lody czekoladowe z popcornem. Oczywiście wszystko dla mnie!


Dobre myśli

Przekierowanie myśli na dobre tory nie zawsze mi wychodzą. Bywa, że nie mogę się na tym skupić więc nie często stawiam na ten sposób ale jednak kilka razy mi pomógł. W przygnębiających chwilach, kiedy myślę, że już nic mnie nie cieszy i już do niczego się nie nadaję - siadam na swoim balkonie z kubkiem kakao i myślę o tym co mnie cieszy. Właśnie ten balkon mnie cieszy, bo sama go zaprojektowałam i zrobiłam. Lubię pić kakao. Lubię swoje kubki, bo kupuję je sama i dobieram według swojego gustu. Półki z książkami lubię bo to też była moja inwencja i praca. I lubię swój telefon, bo jest prezentem niespodzianką od męża. I słońce lubię, i deszcz, drzewa owocowe. Lubię słuchać muzykę, i ciszę też lubię. Przede wszystkim lubię ludzi. I uśmiech, radosne oczy i bijącą z nich dobroć. Tyle jest piękna dookoła nas, codziennie je spotykamy ale codzienność sprawia, że zaczynamy przechodzić obojętnie. A gdybyśmy przystanęli, zauważyli i docenili to nie załamywalibyśmy się tak szybko małymi problemami.


Siła innych

Od niedawna mam nowy sposób na motywacje. Kiedy brakuje mi chęci na kontynuowanie czegoś co postanowiłam, ale brak mi silnej woli by coś dokończyć, wchodzę na instagram i oglądam zdjęć metamorfoz. Ludzi, którzy wylali pot, łzy i czasem krew by zmienić swój wygląd na zdrowy, na lepszy. Zrzucone 20-30-40 kilogramów robi na mnie ogromne wrażenie i momentalnie buduje poczucie walki ze moimi słabościami.


Yt

Z reguły nie oglądam filmików i memów przesyłanych mi na whatsapie czy wrzucanych przez znajomych na facebookowe tablice. Większość z nich nie ma sensu i nie niesie jakiegoś kolosalnego przesłania. Ale bywa, że włączam sobie yt na poprawę humoru. Są to jednak konkretne kanały, które może nie rozwiązują moich problemów i nie sprawiają, że całkowicie wróci mi dobry humor ale na pewno w czasie kiedy oglądam filmiki, jestem uspokojona i zadowolona. O dziwo są to kanały o tematyce urodowej. Tak, o dziwo bo ja i makijaż to dwa osobne tematy. Nie maluję się jakoś namiętnie, a moja kosmetyczka liczy nie więcej niż 10 kosmetyków i to z szamponem do włosów:) Nie mniej jednak oglądam Szusz chyba dla jej samej, a nie dla makijażów, które pokazuje. 


Wrzuć na luz

Co można zrobić kiedy nie można już zrobić nic? Załamać się? Walić głową w mur w nadziei, że stanie się cud? Przeczekać! Kiedy nie masz już żadnego wpływu na przebieg sytuacji, albo na coś co się zdarzyło? Czasu nie cofniesz, myśli nie wyczyścisz - przeczekaj i wrzuć na luz. Wybierz się na spacer albo na wycieczkę rowerową. Do miejsca, w którym jeszcze nie byłaś. Zajmij głowę czymś innym, nowym. Popatrz na ludzi, który robią coś innego niż Ty. Posłuchaj, porozmawiaj, zachwyć się. A może na tym spacerze znajdziesz swoją przystań, która powie Ci, że nie jest tak źle jak myślałaś, a problemy da się rozwiązać?








Mnóstwo nerek, toreb, torebek i plecaków znajdziecie u firmy NEROLA.
Na stronie - klik
Fanpage'u - klik
i instagramie - klik.

Nie pozwól zgasić w sobie optymizmu



Jest pewien rodzaj ludzi, którzy od rana do nocy mogą narzekać, na wszystko, na pogodę, kolor trawy, wielkość groszku w warzywniaku...


Znajomych każdy z nas ma, poznanych przypadkiem, znajomy znajomego itd. Znajomy to ktoś kto kiedyś tam przewinął się jakoś w naszym życiu. Jedni odchodzą, inni zostają. Zamieniają się w kolegów/koleżanki. Umawiamy się z nimi, rozmawiamy przez telefon. Jeśli są dla nas ważni, a my jesteśmy ważni dla nich to zostają przyjaciółmi, na dobre i złe, na dzień i noc, na zawsze.

Jedna z najważniejszych zasad jakie wyznaję w życiu to nie marudzić. Według tej zasady żyję i chociaż to może samolubnie zabrzmieć, to zgodnie z tą zasadą dobieram przyjaciół. Wiadomo, że znajomym może być każdy, jakikolwiek by nie był bo widzimy go od wielkiego dzwonu i nie mamy ze sobą zbyt wiele wspólnego. Natomiast przyjaciel, to ktoś bliski, z kim widujemy się o wiele częściej, rozmawiamy długie godziny, spędzamy razem czas. Nie możemy się przecież przez ten cały czas męczyć.

Zazwyczaj po prostu przestaję utrzymywać kontakt z marudnymi osobami. Nie dzwonie, nie wychodzę z propozycją spotkania. Ograniczam się jedynie do wysłania wiadomości w okresie świątecznym. Tak, tyle robię bo przecież nie życzę tym osobom źle więc dlaczego nie miała bym złożyć życzeń. Powoli takie znajomości zanikają, nie wiem czy ta osoba domyśla się jaki był powód czy tak jak ja zapomina o jakichkolwiek łączących nas wcześniej relacjach.

Jeden raz zdarzyło mi się, że stopniowe zaniechanie kontaktów nie przynosiło efektów, dostawałam wiadomości od pewnej osoby, komentarze na prywatnym profilu facebookowym, propozycje wspólnego wypicia kawy. Po mojej dziesiątej odmowie musiałam prosto z mostu napisać, że nie interesuje mnie ta znajomość ponieważ nie mam w zwyczaju otaczać się wiecznie marudzącymi ludźmi. Nie chciałam tak tego nazwać, ale naprawdę inaczej się już nie dało. Pomogło...

Rozróżnij to

Tu nie chodzi o to, że chcę aby wszyscy przychodzili do mnie z przyklejonym na twarzy sztucznym uśmiechem i trwali z nim przez całe spotkanie. Nie, wiadomo że każdy ma gorsze dni i każdemu leży czasem coś na sercu. Oczywiście, że trzeba się wtedy wygadać, wyżalić, a nawet wypłakać. Można nawet z takim pretekstem przyjechać do kogoś, właśnie żeby zrzucić ten kamień z serca. Ja bardzo chętnie wysłucham takich smutków, poradzę i pomogę jeśli będę mogła ale niech to będą: po pierwsze tylko bliskie osoby, i po drugie prawdziwe powody. Dlaczego tylko bliskie osoby? A no właśnie...

Bywa, że ktoś zapyta mnie np o pomysł na prezent dla kogoś, a ja poświęcę każdą wolną w chwilę w ciągu dnia by prześledzić dostępne strony internetowe z upominkami. Ale to nie wszystko, jestem dosyć empatyczną osobą, potrafię zrezygnować ze swoich planów by pomóc komuś. Trzymam na duchu gdy ktoś się rozwodzi i wspieram w chorobie. Psychicznie biorę dużo na siebie, a potem zaniedbuje swoje obowiązki bo w głowie ciągle rozważam różne warianty na rozwiązanie problemów innych ludzi. Dlatego właśnie tak nie lubię kiedy to obcy, nie bliscy ludzie zwierzają mi się z dylematów. Bo kiedy taki "nie bliski" przychodzi, ja zawalam swoje, pomagam a potem rach ciach i tamtej, zadowolonej już osoby nie ma. A mój czas poszedł się paść. Nie żebym liczyła każdą minutę swojego dnia, jeśli komuś pomogłam to spoko cieszę się, ale ja też nie jestem sama, mam swoją rodzinę i obowiązki, które muszę wypełnić żeby bliscy nie odczuli braków. Jeśli pomogę przyjacielowi to wiem, że to faktyczni ema sens, znam jego życie, widzę czy dobrze poradziłam i wiem, że kiedy ja będę potrzebowała pomocy to i on zrobi dla mnie wszystko.

Nie tylko z powodu braku czasu nie lubię marudzących osób. Ale głownie przez swoją empatię i przez to, że kiedy poratowana dobrym słowem osoba z uśmiechem odchodzi, ja kłębię w sobie złe myśli i smutki. Kiedy nie mam ich jak wyrzucić rosną we mnie i przygnębiają. Chociaż od zawsze bliscy cenili we mnie właśnie optymizm to czuje, że coraz go we mnie mniej. Coraz częściej ktoś próbuje zabić we mnie mój optymizm, a ja tego nie chcę i za wszelką cenę będę o niego walczyć.

Pozytywne myślenie

Mózg jest centrum naszego życia, nic więc dziwnego że pozytywne myślenie może dużo przezwyciężyć. To jak żyjemy jest zależne nie tylko od naszej rodziny, zdrowia, pracy, czasu wolnego, ale głownie od naszego myślenie, od dobrego planu i jego realizacji. A jeśli myślenie jest nakierowane na dobre tory to z realizacją problemów nie będzie. A jak będą to na pewno nas nie załamią. Codziennie otaczam się ludźmi, którzy pokonywali swoje słabości i osiągnęli nierealne celę głównie dzięki walce i sile pozytywnego myślenia.

Bywają dni kiedy kawę wolę wypić sama, lub spędzić wolny czas w towarzystwie książki, niż z osobami które chcą zgasić we mnie optymizm. Czas odrzucić wszystkie złe myśli, cieszyć się nawet tymi drobnymi sukcesami i przestać doszukiwać się minusów w każdej minucie życia. Od kiedy powiedziałam sobie koniec marudzenia i doszukiwania się problemy, których nie ma i koniec przebywania z ludźmi, którzy nad głową mają wiecznie czarne chmury żyje mi się lepiej, lżej.



Za kilka chwil nie będziesz dzieckiem




Kilka minut temu wróciliśmy ze spaceru, najmłodszy wdrapał się na moje kolana, przytulił i zasnął. Odniosłam go do sypialni. Nie do jego łóżeczka ale do naszego dużego łóżka. Położyłam się na chwilę obok, spojrzałam na tą dwuletnią buzię, z której powoli znikają dziecięce rysy i chociaż jeszcze jest małym, słodkim dzieckiem to już tęsknię za tą malutką buzią.


Dzisiaj post jakiego jeszcze nie było. O dzieciach i o tym jak szybko rosną. Kiedy mieliśmy tylko jedno dziecko czas bardzo się dłużył. Pamiętam każdy dzień z pierwszego roku życia pierwszego syna. Naprawdę każdy. Chociaż minęło już ponad sześć lat to mam w pamięci pierwszy uśmiech, pierwsze podane mleko modyfikowane, godziny posiłków, ulubione body i tak dalej. Po pierwszych urodzinkach jakby film się urwał, a ja ocknęłam się dzisiaj - po kilku latach, z kolejną dwójką dzieciaków przy boku.

Nie wiem za czym już tęsknię, czy za tą mała buźka i małym ciałkiem tak pachnącym i tak chętnym do tulenia? Czy za podziwianiem każdego dnia jak szybko się rozwijają i uczą nowych umiejętności? A może po prostu za nimi takimi jacy są, za całokształtem bo tacy jacy są teraz są cudowni. Te połączenie dziecięcego głosu, uśmiechu, ruchów, zaskakujących myśli wyrażanych na głos i pomysłów, które już teraz, szybko muszą wprowadzić w czyn.

Lubię też teraz siebie jako matkę. Jak każdy rodzic popełniam błędy ale jestem pewna, że dobrze wychowuję dzieci. Słucham ich potrzeb, biorę pod uwagę ich zdanie jednocześnie nie pozwalając sobie wejść na głowę. Takie rozsądne rodzicielstwo chyba. Może będę tęsknić też za sobą jako matką małych dzieci. Za tymi obowiązkami i dylematami. Może podświadomie wiem, że mając małe dzieci i ja jestem młoda:) Tak czy siak, teraz jest w sam raz. Małe dzieci to dużo radości, takiej dziecięcej beztroski, takiego nie zauważania problemów i ta ich niewinność przenosi się na mnie, na nasz dom. Pewnie to tego będzie mi brakować, to pewnie za tym będę tęsknić. Teraz jesteśmy razem, co chwila ktoś nas potrzebuję, a za kilka lat chłopki rozejdą się po swoich pokojach, ze swoimi młodzieżowymi sprawami.

Myślę, że wszystkim będzie nam tego brakowało. Stworzyliśmy wspaniałą rodzinę, rozumiemy się doskonale i lubimy razem spędzać czas. Nie jest nam nudno, nie męczymy się ze sobą. Jesteśmy razem każdego dnia. Uwielbiamy planować wycieczki, wyjazdy, święta. Celebrujemy nie tylko urodziny ale i takie święta jak Dzień Dziecka, Dzień Matki i Dzień Ojca. A propos tego ostatniego, to już jutro. Dzieci jak zwykle zajmują się częścią artystyczną czyli laurka, a ja prezentem.

Wszyscy wiedzą, że jestem gadżeciarą. Każdego rodzaju dodatki personalizowanie i robione na zamówienie z unikatowym wzorem, tekstem, napisem są u mnie na wagę złota. W naszym domu znajdziecie naprawdę bardzo dużo akcentów rodzinnych. Z imionami członków naszej rodziny, z inicjałami, z motywem domowym itp. Takie dopracowane dodatki w mieszkaniu lubię bo uważam, że scalają rodzinę i dodają domowi ciepła. Natomiast jeśli chodzi o prezenty to najbardziej do ich tworzenia przekonuje mnie uwaga, skupienie i czas poświęcony konkretnie jednej osobie.

Na Dzień Ojca wybrałam w tym roku koszulkę. Fajny pomysł bo ubranie to zawsze coś co jest w użyciu, nie stawia się tego na półce po to żeby więcej na to nie spojrzeć. Koszulka oczywiście z zaprojektowanym przeze mnie napisem. Z motywem ojcostwa i pracy zawodowej męża. To co ważne dla nas i dla niego. Koszulka przyszła do nas w dwa dni, mieliśmy pewność że na pewno będziemy mogli wręczyć ją na święto Ojca. Na stronie podane są przykłady nadruków, rozmiar i mail, gdzie można zadać pytania i uzyskać ekspresową odpowiedź. Dobra jakoś bluzki i nadruk, który na tą chwile wydaje się być trwały tylko potwierdził moją decyzję o skorzystaniu z tej firmy. Wrzucam Wam kilka fotek samej koszulki, ale po weekendzie będziecie mogli zobaczyć na instagramie jak prezentuje się na właścicielu.








Wzory, nadruki i inne pomysły na koszulki od ADVART
Na stronie - klik
Fanpage'u - klik
kontakt - biuro@advart.pl

Wakacyjny sezon rozpoczęty




Śmiało mogę powiedzieć, że zeszły tydzień był moim potrójnym pierwszym razem.
Pierwsze wakacje w tym roku,
pierwszy raz podróżowaliśmy z przyczepą kempingową
i pierwszy raz na żywo widziałam morze.



Ze względu na pracę i różne sytuacje losowe bywa, że ludzie do końca maja wyjeżdżają na spóźnione majówki. I dobrze bo te dni trzeba wykorzystać na odpoczynek. My co prawda na majówkę nigdzie nie wyjeżdżaliśmy za to bardzo szybko rozpoczęliśmy sezon wakacyjny. Kiedy tylko maj zniknął z kalendarza i pojawił się czerwiec, wynajęliśmy przyczepę kempingową, spakowaliśmy się i ruszyliśmy w Polskę. Czasu nie mieliśmy zbyt wiele bo urlop od pracy zapisany jest dopiero na przełom sierpnia i września. Czy mogliśmy poczekać? Tak ale po co? Jest słońce, jest ciepło, jest mała przerwa w pracy więc trzeba to było wykorzystać. Tym bardziej, że im wcześniej rozpoczniemy wakacje tym więcej w te wakacje uda nam się wyjechać.

Nawet nie pamiętam jak długo planowaliśmy ten wyjazd. Czy w ogóle planowaliśmy. Któreś z nas rzuciło hasło "może pojedziemy gdzieś z przyczepą kempingową?". Tydzień później mieliśmy już podpisaną umowę wynajmu, listę miast do odwiedzenia i listę rzeczy do zabrania. Dobra nawet listy nie było. Mając przyczepę mieliśmy ten komfort, że wrzucaliśmy do niej wszystko co wpadło pod ręce i mogło by się przydać. Szafek w kempingu jest dużo, wszystkie na zasuwkę dla bezpiecznego przewozu więc tak naprawdę wchodząc do środka czuliśmy się jak w domu. Dobra, przesadziłam. Raczej jak w kawalerce ale i tak świetnie.

Moja przyjaciółka - raczej nie odpoczniesz fizycznie bo jedziesz z dziećmi, ale psychicznie na pewno. I tak było. Kiedy dotarliśmy nad morze poczułam stan ulgi na sam jego widok. Pomimo późnej godziny, nie było wiatru, a słońce przyjemnie grzało. Przytuliliśmy się wszyscy do siebie obserwując kilka minut jak morze hen daleko spotyka się w niebem. Przyjemny, uspokajający widok nawet dla mnie chociaż jestem wielkim bzistrachem jeśli chodzi o żywioły. Dla mnie był to pierwszy raz. Może nie powinnam się tym chwalić ale nigdy wcześniej nie widziałam morza. W dzieciństwie nie jeździłam na wakacje z rodzicami, a jako nastolatka wolałam spędzać wolny czas z przyjaciółmi w naszym mieście. Dopiero teraz, mając prawie trzydzieści lat spotkałam się z Bałtykiem.

Samochód z przyczepą zaparkowaliśmy na cudownej Polanie Redłowskiej. Dosłownie minutę do morza, lasu i miejsca biwakowego. Ognisko, toalety, parking, plac zabaw - wszystko to tuż obok i wszystko free! Kiedy szliśmy na plażę nie trzeba było zabierać ze sobą całego dobytku bo kiedy zaszła potrzeba wystarczyło przejść parę kroków i być już w kempingu. Idąc nad morze braliśmy więc tylko aparat, koc i wodę. Aparat wiadomo, żeby móc z chłodny, zimowy wieczór przypomnieć sobie jak było pięknie. Koc żeby mieć swój kawałek plaży i woda bo zabawa była tak świetna, że dzieciaki co chwila przybiegały się napić. Picie mieliśmy standardowo w szkle. Nie przepadam za przetrzymywaniem napojów w plastiku. Nawet w domu przelewamy wodę z plastikowych butelek do dzbanka. Nie tylko dlatego, że woda ze szklanego pojemnika jest smaczniejsza ale i zdrowsza. Nigdy też nie zostawiam małej butelki na popularne "potem", nie nalewam ponownie wody do raz opróżnionej butelki. Dobra wiem - nie panikuję, przecież jedna butelka wody z plastiku nie stanowi od razu śmiertelnego zagrożenia ale biorąc pod uwagę, że taką wodę pijemy przez całe życie to trochę się tego złego nazbiera. Poza tym plastik i słońce? Nie, nie dziękuję.

Do domu mieliśmy wracać dwa dni, przez Malbork i Warszawę. Morze jednak tak nas oczarowało, że zostaliśmy tam dłużej, a potem na "jeden raz" wróciliśmy do domu. Przygoda niezapomniana. Jak tak wygląda początek wakacji to z ogromną niecierpliwością czekam na letnich miesięcy:)








Jeśli nie znacie jeszcze dzbanków i innych produktów Brity (w oczywiście wątpię) zapraszam na:
fp - klik
stronę - klik

gimpelife © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka