Menu

Za kilka chwil nie będziesz dzieckiem




Kilka minut temu wróciliśmy ze spaceru, najmłodszy wdrapał się na moje kolana, przytulił i zasnął. Odniosłam go do sypialni. Nie do jego łóżeczka ale do naszego dużego łóżka. Położyłam się na chwilę obok, spojrzałam na tą dwuletnią buzię, z której powoli znikają dziecięce rysy i chociaż jeszcze jest małym, słodkim dzieckiem to już tęsknię za tą malutką buzią.


Dzisiaj post jakiego jeszcze nie było. O dzieciach i o tym jak szybko rosną. Kiedy mieliśmy tylko jedno dziecko czas bardzo się dłużył. Pamiętam każdy dzień z pierwszego roku życia pierwszego syna. Naprawdę każdy. Chociaż minęło już ponad sześć lat to mam w pamięci pierwszy uśmiech, pierwsze podane mleko modyfikowane, godziny posiłków, ulubione body i tak dalej. Po pierwszych urodzinkach jakby film się urwał, a ja ocknęłam się dzisiaj - po kilku latach, z kolejną dwójką dzieciaków przy boku.

Nie wiem za czym już tęsknię, czy za tą mała buźka i małym ciałkiem tak pachnącym i tak chętnym do tulenia? Czy za podziwianiem każdego dnia jak szybko się rozwijają i uczą nowych umiejętności? A może po prostu za nimi takimi jacy są, za całokształtem bo tacy jacy są teraz są cudowni. Te połączenie dziecięcego głosu, uśmiechu, ruchów, zaskakujących myśli wyrażanych na głos i pomysłów, które już teraz, szybko muszą wprowadzić w czyn.

Lubię też teraz siebie jako matkę. Jak każdy rodzic popełniam błędy ale jestem pewna, że dobrze wychowuję dzieci. Słucham ich potrzeb, biorę pod uwagę ich zdanie jednocześnie nie pozwalając sobie wejść na głowę. Takie rozsądne rodzicielstwo chyba. Może będę tęsknić też za sobą jako matką małych dzieci. Za tymi obowiązkami i dylematami. Może podświadomie wiem, że mając małe dzieci i ja jestem młoda:) Tak czy siak, teraz jest w sam raz. Małe dzieci to dużo radości, takiej dziecięcej beztroski, takiego nie zauważania problemów i ta ich niewinność przenosi się na mnie, na nasz dom. Pewnie to tego będzie mi brakować, to pewnie za tym będę tęsknić. Teraz jesteśmy razem, co chwila ktoś nas potrzebuję, a za kilka lat chłopki rozejdą się po swoich pokojach, ze swoimi młodzieżowymi sprawami.

Myślę, że wszystkim będzie nam tego brakowało. Stworzyliśmy wspaniałą rodzinę, rozumiemy się doskonale i lubimy razem spędzać czas. Nie jest nam nudno, nie męczymy się ze sobą. Jesteśmy razem każdego dnia. Uwielbiamy planować wycieczki, wyjazdy, święta. Celebrujemy nie tylko urodziny ale i takie święta jak Dzień Dziecka, Dzień Matki i Dzień Ojca. A propos tego ostatniego, to już jutro. Dzieci jak zwykle zajmują się częścią artystyczną czyli laurka, a ja prezentem.

Wszyscy wiedzą, że jestem gadżeciarą. Każdego rodzaju dodatki personalizowanie i robione na zamówienie z unikatowym wzorem, tekstem, napisem są u mnie na wagę złota. W naszym domu znajdziecie naprawdę bardzo dużo akcentów rodzinnych. Z imionami członków naszej rodziny, z inicjałami, z motywem domowym itp. Takie dopracowane dodatki w mieszkaniu lubię bo uważam, że scalają rodzinę i dodają domowi ciepła. Natomiast jeśli chodzi o prezenty to najbardziej do ich tworzenia przekonuje mnie uwaga, skupienie i czas poświęcony konkretnie jednej osobie.

Na Dzień Ojca wybrałam w tym roku koszulkę. Fajny pomysł bo ubranie to zawsze coś co jest w użyciu, nie stawia się tego na półce po to żeby więcej na to nie spojrzeć. Koszulka oczywiście z zaprojektowanym przeze mnie napisem. Z motywem ojcostwa i pracy zawodowej męża. To co ważne dla nas i dla niego. Koszulka przyszła do nas w dwa dni, mieliśmy pewność że na pewno będziemy mogli wręczyć ją na święto Ojca. Na stronie podane są przykłady nadruków, rozmiar i mail, gdzie można zadać pytania i uzyskać ekspresową odpowiedź. Dobra jakoś bluzki i nadruk, który na tą chwile wydaje się być trwały tylko potwierdził moją decyzję o skorzystaniu z tej firmy. Wrzucam Wam kilka fotek samej koszulki, ale po weekendzie będziecie mogli zobaczyć na instagramie jak prezentuje się na właścicielu.








Wzory, nadruki i inne pomysły na koszulki od ADVART
Na stronie - klik
Fanpage'u - klik
kontakt - biuro@advart.pl

Czytaj więcej >

Wakacyjny sezon rozpoczęty




Śmiało mogę powiedzieć, że zeszły tydzień był moim potrójnym pierwszym razem.
Pierwsze wakacje w tym roku,
pierwszy raz podróżowaliśmy z przyczepą kempingową
i pierwszy raz na żywo widziałam morze.



Ze względu na pracę i różne sytuacje losowe bywa, że ludzie do końca maja wyjeżdżają na spóźnione majówki. I dobrze bo te dni trzeba wykorzystać na odpoczynek. My co prawda na majówkę nigdzie nie wyjeżdżaliśmy za to bardzo szybko rozpoczęliśmy sezon wakacyjny. Kiedy tylko maj zniknął z kalendarza i pojawił się czerwiec, wynajęliśmy przyczepę kempingową, spakowaliśmy się i ruszyliśmy w Polskę. Czasu nie mieliśmy zbyt wiele bo urlop od pracy zapisany jest dopiero na przełom sierpnia i września. Czy mogliśmy poczekać? Tak ale po co? Jest słońce, jest ciepło, jest mała przerwa w pracy więc trzeba to było wykorzystać. Tym bardziej, że im wcześniej rozpoczniemy wakacje tym więcej w te wakacje uda nam się wyjechać.

Nawet nie pamiętam jak długo planowaliśmy ten wyjazd. Czy w ogóle planowaliśmy. Któreś z nas rzuciło hasło "może pojedziemy gdzieś z przyczepą kempingową?". Tydzień później mieliśmy już podpisaną umowę wynajmu, listę miast do odwiedzenia i listę rzeczy do zabrania. Dobra nawet listy nie było. Mając przyczepę mieliśmy ten komfort, że wrzucaliśmy do niej wszystko co wpadło pod ręce i mogło by się przydać. Szafek w kempingu jest dużo, wszystkie na zasuwkę dla bezpiecznego przewozu więc tak naprawdę wchodząc do środka czuliśmy się jak w domu. Dobra, przesadziłam. Raczej jak w kawalerce ale i tak świetnie.

Moja przyjaciółka - raczej nie odpoczniesz fizycznie bo jedziesz z dziećmi, ale psychicznie na pewno. I tak było. Kiedy dotarliśmy nad morze poczułam stan ulgi na sam jego widok. Pomimo późnej godziny, nie było wiatru, a słońce przyjemnie grzało. Przytuliliśmy się wszyscy do siebie obserwując kilka minut jak morze hen daleko spotyka się w niebem. Przyjemny, uspokajający widok nawet dla mnie chociaż jestem wielkim bzistrachem jeśli chodzi o żywioły. Dla mnie był to pierwszy raz. Może nie powinnam się tym chwalić ale nigdy wcześniej nie widziałam morza. W dzieciństwie nie jeździłam na wakacje z rodzicami, a jako nastolatka wolałam spędzać wolny czas z przyjaciółmi w naszym mieście. Dopiero teraz, mając prawie trzydzieści lat spotkałam się z Bałtykiem.

Samochód z przyczepą zaparkowaliśmy na cudownej Polanie Redłowskiej. Dosłownie minutę do morza, lasu i miejsca biwakowego. Ognisko, toalety, parking, plac zabaw - wszystko to tuż obok i wszystko free! Kiedy szliśmy na plażę nie trzeba było zabierać ze sobą całego dobytku bo kiedy zaszła potrzeba wystarczyło przejść parę kroków i być już w kempingu. Idąc nad morze braliśmy więc tylko aparat, koc i wodę. Aparat wiadomo, żeby móc z chłodny, zimowy wieczór przypomnieć sobie jak było pięknie. Koc żeby mieć swój kawałek plaży i woda bo zabawa była tak świetna, że dzieciaki co chwila przybiegały się napić. Picie mieliśmy standardowo w szkle. Nie przepadam za przetrzymywaniem napojów w plastiku. Nawet w domu przelewamy wodę z plastikowych butelek do dzbanka. Nie tylko dlatego, że woda ze szklanego pojemnika jest smaczniejsza ale i zdrowsza. Nigdy też nie zostawiam małej butelki na popularne "potem", nie nalewam ponownie wody do raz opróżnionej butelki. Dobra wiem - nie panikuję, przecież jedna butelka wody z plastiku nie stanowi od razu śmiertelnego zagrożenia ale biorąc pod uwagę, że taką wodę pijemy przez całe życie to trochę się tego złego nazbiera. Poza tym plastik i słońce? Nie, nie dziękuję.

Do domu mieliśmy wracać dwa dni, przez Malbork i Warszawę. Morze jednak tak nas oczarowało, że zostaliśmy tam dłużej, a potem na "jeden raz" wróciliśmy do domu. Przygoda niezapomniana. Jak tak wygląda początek wakacji to z ogromną niecierpliwością czekam na letnich miesięcy:)








Jeśli nie znacie jeszcze dzbanków i innych produktów Brity (w oczywiście wątpię) zapraszam na:
fp - klik
stronę - klik

Czytaj więcej >

Nie mam pasji - jestem nijaka



Przez całe swoje życie, odkąd pamiętam miałam jakieś zainteresowania. Układanie puzzli, kilkugodzinne spacery, robienie kolczyków, namiętne przesiadywanie w bibliotece, jazda na rowerze, wyszukiwanie perełek w sklepach typu "wszystko za x złotych". Robiłam wszystko ale tak naprawdę nic. 


Żadne z tych zajęć nie było na tyle wow, żebym rzuciła wszystko inne i zajęła się tylko tym jednym, konkretnym. Jeszcze do niedawna mi to nie przeszkadzała, ale w pewnym momencie odczułam z tego powodu braki. Chyba dlatego, że pragnęłam potrzeby przynależenia do grupy ludzi, którzy mają podobne pasje. Rozmawiać na forach i spotykać się w realu. Mając dużo zainteresowań nie potrafiłam tak naprawdę czegokolwiek robić w stu procentach, wszystkim zajmowałam się po łebkach ...chociaż wtedy tego nie wiedziałam. Zanim się o tym przekonałam próbowałam wchodzić w społeczeństwo ludzi jeżdżących na rowerze, rozmawiać z ludźmi którzy układają puzzle, znalazłam grupę dziewczyn robiących biżuterie ale wszystko tylko jeszcze bardziej uświadomiło mi jak bardzo jestem za nimi w tyle. Uświadomiłam sobie jak bardzo ciąży mi brak jednego, konkretnego zainteresowania, któremu oddałabym się cała. Jak to mówią - lepiej robić jedną rzecz dobrze, niż kilka byle jak. Ja właśnie tak byle jak robiłam wszystko, zamiast skupić się na jednej czynności.

Przygnębiona swoim odkryciem porzuciłam wszystko co sprawiało mi chociażby minimum przyjemności. Przestałam kupować puzzle, rower zakurzył się tak samo jak koraliki do kolczyków. Wolny czas spędzałam w internecie na bezsensownym przeglądaniu fejsbooka i profili blogerów. Nie przeszkadzał mi tak wykorzystywany czas. Do momentu, kiedy modne zaczęło stawać się robienie czegoś i chwalenie się tym w portalach społecznościowych. Źle to zabrzmiało - nie chwalenie się, a dzielenie swoimi radościami. Każdy coś robił; ten biegał, tamten jeździł na rowerze, ktoś inny regularnie angażował się w prace charytatywne. A ja nadal tkwiłam w nudnym punkcie swojego życia. Przyzwyczaiłam się do faktu, że robię "nic". Budzę się rano i przez cały dzień zajmuję się domem i dziećmi. Nikt niczego poza tym ode mnie nie wymagał. Mogłam chodzić w piżamie do południa i w niczym by mi to nie przeszkadzało. O swojej nijakości zaczęłam zdawać sobie sprawę kilka miesięcy temu.

Brak "swojego miejsca" zaczął mi boleśniej doskwierać tuż przed nowym rokiem. Coraz bardziej chciałam robić coś, poświęcać czemuś czas, dzielić się tym z innymi. Kiedy znajomi opowiadali na jaki kolejny poziom weszli w swoich pasjach, jakie zdobywali medale, dyplomy i jak planowali spotkania tematyczne - ja nadal tkwiłam w tym martwym punkcie. Nie chodziło tylko o to by w pusty sposób przechwalać się tym co robię ale tak wewnętrznie, sama przed sobą czułam się nijaka. Wydaje mi się, że każdy powinien mieć jakieś pasje, które rozwijają i pobudzają szare komórki do myślenia. Tuż przed nowym rokiem siedząc nad nowym kalendarzem na 2017 rok, przypomniałam sobie o książkach. Tak bardzo lubiłam czytać. Miałam takie lata w życiu, że rocznie czytałam blisko 150 książek. Prawie w całej swojej edukacji pod koniec każdej klasy wracałam z dyplomem za największą ilość przeczytanych książek w całej szkole. Chłonęłam je. A może to one chłonęły mnie.

Nie będę Wam tu opisywać jak to jest wciągnąć się w historie pisane. Wyobrażać sobie wygląd bohaterów jakby się ich znało naprawdę, czuć ich emocję i rozglądać się po pokoju dziwiąc się jak to możliwe, że jestem w swoim domu kiedy przed chwilą głowę bym dała, że jestem w Bostonie, Nowym Yorku czy Amsterdamie. Nie będę tłumaczyć bo Ci z Was, którzy czytają to wiedza o co chodzi. Ci zaś, którzy nie czytają...i tak nie zrozumieją.

Wczoraj skończyłam czytać dziesiątą w tym roku książkę. Nie jestem takim typowym książkoholikiem bo to tylko dziesięć, chociaż dla mnie  Od kiedy regularnie czytam czuję się lepiej. Spokojniej, rozważniej, potrafię spojrzeć na swoje życie z boku i lepiej poradzić sobie z codziennymi zmaganiami. W pasji jaką jest czytanie książek nie ma wielu levelów ale wcale mi ich nie brakuje. Jet dobrze jak jest i po raz pierwszy od dawna czuję się naprawdę dobrze. Spokojnie bo znalazłam pomysł na siebie i chcę się przyjaźnić z tym pomysłem do końca życia.








Mnóstwo toreb, torebek i plecaków znajdziecie u firmy NEROLA.
Na stronie - klik
Fanpage'u - klik
i instagramie - klik.


Czytaj więcej >

Gdy upadłam pod krzyżem i nie wstałam



Pogoda tego dnia była piękna, słoneczna, lekki wietrzyk. Cieszyłam się na przejście Ekstremalną Drogą Krzyżową. Trasa wydrukowana, krzyż zrobiony, buty przygotowane, plecak spakowany. Plecak spakowany miałam tak sprytnie, że było w nim wszystko co potrzebne ale jednocześnie nie był zbyt ciężki. Droga Krzyżowa zaczęła się mszą, na którą przyjechałam podekscytowana. Zakupiłam bransoletkę na pamiątkę, wzięłam rozważania i niecierpliwie wyczekiwałam startu.

Przełomu nie będzie


Szło się doskonale, taki trochę dłuższy spacer tyle że nocą. Może i lepiej bo ruch samochodowy mniejszy i słońce nie świeci po oczach. Idę tak sobie czując już radość  i myślę. Hmmm idzie się całkiem dobrze, nic mnie jakoś znacznie nie boli, nie jest zimno, droga prosta bez dziur, górek i kamieni, cisza też mi jakoś nie przeszkadza - lada moment i będziemy na "mecie". Obejrzałam się na ludzi dokoła. Ktoś już kuleje, ktoś ociera pot z czoła, jeszcze inni podpiera się gałęzią brzozy. A ja idę, no idę śmiało i kompletnie nie wiem o co w tym wszystkim chodzi. Miało być ciężko, boleśnie z przemyśleniami. Z przełomem! Jakieś wnioski podobno były do wyciągnięcia po zakończeniu trasy. Zresztą w rozważaniach, które dostaliśmy były historie ludzi kończące się postanowieniami o zmianach po przejściu tych ponad 40 kilometrów. A ja? No gdzie tam do zmian i przemyśleń. O czym to ja mogę myśleć? Chyba o planowaniu następnej wyprawy.

Co jest grane?

Przerwałam myślenie o mojej świetnej kondycji bo zbliżaliśmy się do kolejnej stacji. Stanęłam przed kapliczką, zdjęłam plecak, wyjęłam rozważania i tak jak na każdej mijanej stacji, klęknęłam na oba kolana. Kiedy inni stali lub siedzieli, ja prosto z wypięta do przodu piersią klęczałam bez odczuwania bólu. Kilka minut modlitwy, łyk wody, pakuję książeczkę i wstaje... próbuję wstać.

Upadek

Moje do tej pory niebolące mięśnie nie chciały ruszyć nogami. Moja dobra kondycja nagle się ulotniła. A moje silne ręce ledwo dały radę oprzeć się na trawie by pomóc nogom wstać. Jeszcze jeden łyk wody, chwila spokoju, kilka głębokich oddechów i stoję. W bardzo niezgrabnej pozycji ale trzymam pion. Równie niezgrabnie zbieram z trawy plecak i zakładam. Najpierw plecak, potem kamizelkę. Stoję stabilnie, kilka małych, wolnych kroczków i zaraz rozejdę tą chwilową niedyspozycję. Prawa noga, lewa noga, prawa noga, lewa noga no i jest dobrze. Jeszcze tylko oprę się o ten murek, żeby sprawdzić czy nie zgubiłam krzyża i lecimy dalej. Podeszłam do murka, oparłam się ale ręka jako tak niefortunnie się osunęła, plecak który nagle okazał się ciężki pociągnął ciało w dół w efekcie czego usiadłam na murek. Upadłam i nie wstałam.

Wschód słońca

Ze wszystkich sił próbowałam zrozumieć co się stało i wtedy przypomniałam sobie, że jednym z momentów, na które czekałam był wschód słońca. Nie nad morzem jak w romantycznych filmach ale taki zwyczajny, który widziałam już kilkaset razy z okna w salonie. Miał zaraz nastąpić, a przede mną drzewa które całkowicie zasłaniały upragniony widok. I nagle nad drzewami rozjaśniało co oznaczało, że słońce zaczęło wschodzić. Pomyślałam - to jest to! Ta motywacja. Te moje infantylne marzenie jakim jest wschód słońca będzie najlepsza motywacją, przecież tyle szłam, pokonałam tyle kilometrów! Wystarczy zrobić kilka kroków, 10? Może 15. Mocno się skupiłam, położyłam ręce na murku by się odbić.
Nie odbiłam.
Kroków nie było.
Po minucie słońce wyszło zza drzewa.

38 kilometr

Na 38 kilometrze moje ciało postanowiło się zbuntować. Trzy! Trzy ostatnie, cholerne kilometry. Na horyzoncie widać już było cel naszej drogi - mieniący się w pomarańczowym słońcu kościół. Był na wciągnięcie ręki - tylko nie mojej.

Załamanie

Od tego murka zrobiłam już tylko 5 kroków i były to kroki do samochodu. Zanim wysiadłam z samochodu musiałam kilka minut zbierać w sobie siły. Następnie przez kolejne kilka minut pokonywałam schody na pierwsze piętro. Rozebrałam się, wzięłam prysznic i położyłam się do łóżka. W tym momencie puściły wszystkie emocje. Płakałam długo i głośno. Zły były nie do opanowania. Ja, oporna na ból - jestem obolała. Ja, która pokonała wiele kilometrów, wycieczek, pielgrzymek, wypraw - upadłam. Ja, silna psychicznie - rozpadam się na milion kawałków.

Przełom będzie

Ilekroć czytam, słucham, oglądam historię ludzi, którzy coś osiągnęli jestem oczarowana. Przechodzą zmiany, zyskują motywacje, radość, wiarę w siebie, stawiają sobie kolejne plany i realizują je. Bo skoro coś osiągamy to przecież chcemy coraz więcej, lepiej, mocniej. Dostajemy powera i działamy. Dziś, teraz, tutaj zastanawiam się jakie zachowania w człowieku przynosi porażka?
W tej chwili czuje się źle. Zarówno i psychicznie i fizycznie. Na ten czas nie doświadczyłam przemiany, nie wyciągnęłam pouczających wniosków, nie uduchowiłam się bardziej i na pewno nie przygotowałam się jakoś wyjątkowo do świąt Wielkiej Nocy. W tej chwili...
   i chociaż teraz jestem zła i załamana. Chociaż kotłują się we mnie negatywne emocje, który towarzyszy fizyczny ból, to wiem że wszystko dzieje się po coś. I może nie tam na trasie, nie dziś i nie jutro ale za tydzień lub miesiąc wyciągnę wartościowe, cenne wnioski z tego co wydarzyło się tam, na tym nieszczęsnym - a może i szczęsnym? - kilometrze.

Ekstremalna Droga Krzyzowa - link



Czytaj więcej >

Akcenty rodzinne scalają



Kiedy wybieraliśmy się z mężem na organizowane w naszym mieście rekolekcje dla małżeństw pod nazwą "remont małżeński" słyszeliśmy - a co? Macie problemy? Kłopoty? Rozwodzicie się? Dla jednych faktycznie, może to tak wyglądać, jednak nie dla nas. My zawsze powtarzamy, że o rodzinę trzeba dbać zawsze, a nie dopiero wtedy kiedy coś się psuje.


Kiedy w naszej rodzinie pojawił się ostatni członek, czyli trzecie dziecko zaczęłam rozglądać się za pesonalizowanymi dodatkami do domu. Rodzinne zdjęcie na ścianie w korytarzu, kubki z imionami w kuchni, kartki z kalendarza z dnia urodzenia dzieci na półce. Po pierwsze ładne, po drugie modne, po trzecie estetycznie, po czwarte znaczące - nie przypadkowe. Są też dwa ukryte powody, najważniejsze.

Solo w grupie

Z jednej strony zależało mi by w dużej rodzinie jaką tworzymy, każdy był indywidualistą. Pragnęłam wychować dzieci i żyć tak by żadne z nas nie czuło się przytłoczone innym członkiem rodziny. By starszy nie powiedział, że jest zaniedbany bo rodzice zajmują się młodszymi itd. Również chcę żebyśmy my dorośli czuli się ludźmi, a nie tylko rodzicami. Takie nawet małe akcenty utwierdzają w przekonaniu, że chociaż tworzymy całość to jednak jesteśmy osobni. Jest więc galeria obrazków jednego dziecka, tablica motywacyjna z treningów drugiego dziecka i kolekcja ulubionych książeczek trzeciego dziecka. My mamy swoje regały, w których są tylko i wyłącznie nasze rzeczy. 

Scalenie

Kolejnym powodem który przekonuje mnie do rodzinnych akcentów w domu jest ich moc scalenia. Bywają takie dni kiedy dzieci wchodzą mi na głowę, kiedy nie mam humoru i jedyne o czym marzę, to ułożyć ich do snu i poczuć samotność. Robię sobie wtedy kubek ciepłego kakao i relaksuję się przy książce czy filmie. Bywa że kubek wcale nie ma mojego imienia, a imię męża czy dziecka. Uśmiecham się wtedy do siebie i wspominam dobre, śmieszne rodzinne chwile, złość mija. Takich sytuacji jest wiele, tyle ile akcentów, gadżetów, przedmiotów w domu. W dołujących chwilach potrafią podnieść na duchu lepiej niż nie jeden motywujący tekst czy wielogodzinna sesje z terapeutą.

...a dodatkowo

Teraz tak sobie myślę, że jest jeszcze jeden plus ozdób z rodzinnym motywem. Łatwość w ich zdobyciu. Nie mówię tylko o tym, że w ten motyw zaopatrują się aktualnie wszystkie sklepy z domowymi akcesoriami. Chodzi mi konkretnie o to, że każdy sam, na własną rękę może stworzyć sobie grafikę, myśl przewodnią, tekst. Wystarczy komputer i najzwyklejszy, darmowy program do grafiki. Chociażby paint? Wystarczy wydrukować zdjęcie czy tekst albo udać się do drukarni gdzie nałożą nasz pomysł na kubek, podkładkę, okładkę kalendarza za naprawdę niewielkie pieniądze.

Wiadomo, że dużych kłótni i poważnych problemów nie da się rozwiązać samym patrzeniem na ślubną fotografię czy jedząc posiłek ze ślubnej porcelany ale te ogromne problemy poniekąd rodzą się z małych. Skoro więc na te małe lekiem może być chociażby narysowane szminką na lustrze serduszko, to dlaczego by go nie namalować?




Czytaj więcej >

Zmienność kobiety jest zmienna




Mam ciemne włosy, kasztanowe chyba. Dziesięć lat temu wygrzebałam swoje zdjęcie, na którym miałam bodajże pięć lat. Byłam blondynką, taką prawdziwą blond blond. Kolor piękny, włosy błyszczały, zdawały się takie delikatne. 


Włosy musiały zmienić kolor na ciemniejszy pewnie niedługo po zrobieniu tego zdjęcia bo mama nie pamięta, żebym kiedykolwiek była blondynką. Ja za to zawsze miałam jakieś przebłyski, pamiętam jak w lustrze czesałam blond grzywkę. Kiedy znalazłam to zdjęcie zachciałam wrócić do tego koloru, ale jednak długo się z tą myślą męczyłam. W tamtym czasie poznałam swojego męża, pierwsze randki i te sprawy, odsunęłam myśl o zmianie koloru bo jak spodobałam mu się w ciemnych włosach to trochę tak jeszcze pobędę w myśl "niech się zakocha na całego". Potem przygotowania do ślubu i nie chciałam eksperymentować bo gdyby się okazało, że nie spodobam się sobie to jak tak na fotografiach, na pamiątce to uwiecznić?! Potem były ciąże i karmienie piersią. A potem dwóch fryzjerów odradzało mi farbowanie bo "nie będzie Pani do twarzy".
Pewnego rano, jakieś dwa lata temu pomyślałam - hej, to moja głowa, moje włosy i moje życie. Na całym świecie ludzie muszą podejmować ważne decyzje, a ja nie mogę się zdecydować czy zmienić kolor włosów? I co z tego, że mi się nie spodoba, i co z tego, że będzie mi nie do twarzy i znajomi będą przechodzić na drugą stronę ulicy? Przecież to nie argument. A że najgorszą decyzją jest brak decyzji to postanowiłam w końcu porządnie pogadać sama ze sobą. Wyciągnęłam z głowy cudowną mądrość, że lepiej żałować że się zrobiło niż żałować że się nie zrobiło i poszłam do fryzjera. Powiedziałam - wszystko wiem, farbuj!

I tak zostałam blondynką.

Podobam się sobie tak bardzo, że gdybym nie miała męża to pewnie miałabym w telefonie swoje zdjęcie na tapecie. Cudownie po prostu. Chwaliłam się na prawo i lewo o zmiana koloru, wszystkim się podobało i byli zachwyceni. A teraz kiedy siadam na fotelu fryzjerskim by ukryć odrosty, patrzę na siedzące obok Panie w pięknych kasztanowych włosach i wzdycham - jaki piękny kolor...



Czytaj więcej >

Nie mów mi, że lubisz "swój bałagan"



Żoną i Panią Domu jestem od ponad sześciu lat, ale dopiero od półtorej roku czuję się dobrze w swoich czterech kątach. Powodem jest porządek, to właśnie on pozwala mi odpoczywać nawet wtedy kiedy mam dużo pracy.


Nie jestem perfekcyjna i chociaż dążę do tego to pewnie jeszcze długo nie będę. Lubię porządek i marzę o tym żeby w domu każda, nawet najmniejsza rzecz miała swoje miejsca. Chciałabym, żeby nie było zbędnych pierdółek i żebym na bieżąco dawała sobie radę z obowiązkami. Narazie tylko "chcę" ale wiem, że kiedyś dojdę do tego i kto wie, może to "kiedyś" nie będzie wcale tak odlegle daleko?

Wchodząc w dorosłe życie, ze swoim mężem, w swojej kuchni - nie potrafiłam właściwie nic. W rodzinnym domu we wszystkim wyręczała mnie mama. Wcale nie prosiłam o to, Ona jest po prostu typem człowieka, który lubi pracować, lubi mieć wszystko pod kontrolą i zaśnie dopiero kiedy jest pewna że wszystko w domu zostało zrobione. Najlepiej więc było jej robić wszystko samej. Nie chętnie pokazywała mi sposobów wykonywania domowych obowiązków, a kiedy już to robiła to nauka przebiegała na zasadzie "stój i patrz". Ja jestem typem osoby, który jak nie wyszoruje pieca po wykipiałym mleku to nie zapamięta, że mleko trzeba pilnować bo "ucieka". Dlatego więc samo patrzenie niczego mnie nie nauczyło. I tak własnie pewnego pięknego listopadowego dnia zostałam najgorsza Panią Domu, bez wiedzy, bez doświadczenia,

Ciężko było nagle zadbać o wszystko. Porządek w domu, obiady, zakupy, planowanie świąt, pranie, stworzenie klimatu. Zresztą co będę wymieniać, każda kobieta wie o co chodzi. Po ślubie bardzo szybko zaszłam w ciąże, a potem w kolejną. Nie zdążyłam ogarnąć bycia Panią Domu, a już zostałam Mamą. Obie role przyszły niemal w jednym czasie, a wybierając tą którą chciałam robić lepiej to wybrałam macierzyństwo. Tak właśnie zostałam dobrą mamą i kiepską gospodynią. Wiecznie miałam zaległości w praniu i pasowaniu. Obiady powtarzały się co kilka dni, a w lodówce zawsze czegoś brakowało. Niespodziewani goście zawsze napotykali się na bałagan. Właściwie to nawet Ci spodziewani nie widzieli ładu. Sprzątałam ale chociaż chciałam dokładnie, to dokładnie nie było, nie umiałam,..

Lepiej w naszym domu zaczęło wyglądać kiedy najmłodsze z dzieci miało ponad pół roku. Umiało jakiś czas zająć się grzechotką czy znaleźć ciekawy do obserwacji punkt za oknem. Tą wolną chwilę wykorzystywałam na instagram. Bardzo lubiłam oglądać estetyczne zdjęcia, a teraz mnóstwo ich w sieci. Uwielbiałam oglądać zdjęcia dodatków do mieszkań i chciałam mieć je u siebie ale wiedziałam, że dodatki nie będą upiększać mieszkania kiedy jest w nim bałagan. Postanowiłam zrobić wszystko, żeby było lepiej. Zapisałam się na jedną z facebookowych grup o urządzaniu mieszkania i zaglądałam na blogi o powadzeniu domu. Zaczęłam też bardziej szczegółowo korzystać z kalendarza rozpisując w nim domowe obowiązki. W tym czasie bardzo mocno zmobilizowałam męża do przemalowania ścian w salonie i korytarzu. Zniknął żółty i pojawiła się biel z jasnym beżem. Potem zniknęła czerwień z kuchni, a pojawił się jasny szary. Rozjaśniłam mieszkanie nie dlatego, że panuje moda na biały, ale w tym przypadku to był jedyny kolo, który pomógłby mi dodać lekkości i ładu naszemu domowi. Kupiłam pudełka i koszyczki. Posegregowałam wszystko tak by każda nawet najmniejsza rzecz miała swoje miejsce. Jeżeli bałam się, że zapomnę miejsce po postu bez wstydu podpisywałam je. Do tej pory mamy w kuchni podpisane półki "kawy, kakao" i "herbaty". W przypływie mocy rzucałam się na jakąkolwiek z szafek czy to w kuchni czy w salonie i wyrzucam rzeczy, z których nie korzystamy. W pozbyciu pomagał mi olx albo comiesięczne wystawki na dzielnicy.

Spędziłam niedawno kilka dni w towarzystwie wspaniałej kobiety. Starszej ode mnie, bardziej doświadczonej chyba w każdej dziedzinie. Mogłabym nauczyć się od niej bardzo dużo, ale sprawy porządku są daleko nieidealne. Kiedyś wyznała mi, że męczy się w domu, że chciałaby podjechać kontenerem pod okno i wrzucić do niego dosłownie wszystko, zacząć mieszkanie od nowa, poklei panując nad porządkiem. Powiedziała mi to tylko raz, tamtego wieczoru kiedy nastrój pomagał w zwierzeniach. Potem udawała, ze jest ok, że nie przeszkadza jej nieład, a nawet "lubię ten swój bałagan". Wiem, że kłamie i mówi tak tylko by wytłumaczyć się jakoś i ukryć fakt, że nie panuje nad domem.

Przez mój dom codziennie przelatuje huragan jakim są dzieci. Codzienne obowiązki czasem zabierają czas który potrzebny jest do sprzątania. Wiele kobiet woli spędzać czas na zabawie z dziećmi czy wyjść na kawę do przyjaciółki, wiadomo to jest jest ważne. Dzięki temu funkcjonujemy, ładujemy baterie, nie załamujemy się niepowodzeniami. Ale każdy potrzebuje też spokoju, odpoczynku, relaksu we własnych czterech kątach. Z ciepła herbatą, książką, kocykiem. Ten spokój możemy uzyskać tylko w czystej przestrzeni. Wiem bo sama doświadczyłam tej metamorfozy i na własnej skórze odczułam jaki wewnętrzny spokój towarzyszy porządek w domu. Nie jest łatwo zmienić swój dom i nie jest to szybka zmiany. Wymaga czasu, cierpliwości, czasem pomocy innych. Ale efekt wart jest tego i taki czysty dom naprawdę nie trudno utrzymać w porządku.





magnez na lodówkę DREWNIANE DODATKI - tutaj
Czytaj więcej >

Wizyta w pepco



Są takie miejsca, do których lepiej nie wpuszczać swoich żon. Dla bezpieczeństwa ich, swojego i waszych pieniędzy. Jest kilka takich miejsc, jedno z nich to...


Znowu pojechałam na zakupy spożywcze, domownicy objadają lodówkę jakby tygodniami nie jedli. Kupuję, wnoszę, wkładam, otwieram lodówkę, a tam już nic nie ma! Eee?! To znowu na zakupy i znowu niechcący weszłam do pepco. Pracownicy wyglądali na miłych ludzi ale jednak mili nie byli. Siłą zaciągnęli mnie do półki ze świeczkami i kazali coś wybrać. Potem do półki z kubkami i szklankami. Dalej do ramek, plakatów, oczywiście wszystko siłą bo ja przecież nie chciałam. Dobra, kupiłam to i tamto. No i jeszcze tamto. I tamto i tamto i... ach lepiej nie będę o tym myśleć. Za to od razu zabrałam się za myślenie jakby tu ukryć zakupowy fakt przed mężem. Bo ukryć trzeba to oczywiste. Znowu by narzekał, że po co nam dwudziesty kubek i czterdziesta zapachowa świeczka. Szkoda jego nerwów, a ja dobra żona jestem i o zdrowie męża dbam. Pomysł: nie wyciągam toreb z samochodu! Poczekam aż wyjdzie z domu. Plan świetny, realizacja gorzej bo przecież jak on z domu będzie chciał wyjść to wiadomo, że pieszo nigdzie nie pójdzie tylko fordem pojedzie. No to myk torby do sąsiadki. Ona zawsze w takich sytuacjach pomoże. Czy z dobroci serca to nie wiem, pewnie chętnie drzwi otwiera żeby potem w torbach powęszyć, ale myślę - że jak nie ona to inaczej do psiej buty musiałabym zakupy schować. Kit, najwyżej niektóre rzeczy będą nadgryzione, ale pies przynajmniej nie będzie szczekał "po! coś! to! znowu! kupiła!?" 

Kolejny ważny fakt zatajenia - odwrócenie uwagi. Bo jak wrócę do domu z pustymi rękami to od razu się zorientuje, że coś kręcę. Odwracam więc uwagę dwoma punktami. Po pierwsze: przynieść do domu trzeba coś co kompletnie niepodobne jest do domowych gadżetów. Płyn do naczyń na przykład albo szampon. Jak zobaczy to może nie skojarzy sobie tego z pepco nie? Po drugie: kupić trzeba coś mężowi. Sernik albo chociaż gazeta z kiosku pod blokiem. Także gdyby nawet podejrzewał, że wydałam ostatnie pieniądze to przecież nie będzie się wypytywał bo sumienie mu nie pozwoli. Głupio tak żonę podejrzewać jak ona z zimnym piwkiem z miasta wraca.


Dobra już, wróciłam, gazetkę podałam, szampon z torby majestatycznie wyciągnęłam i zabieram się za robienie obiadu. Mąż oczywiście musi wyjść, bo za długo z dziećmi siedział (tak twierdzi). Myślę - aaa niech idzie. Akurat mi to na rękę, może sąsiadka nie zdążyła jeszcze splądrować wszystkich toreb. 

Wyszedł. Lecę na dół. Torby zabieram, dziękuję i wracam. Otwieram drzwi i olśniło mnie, że On zawsze po klucze wraca. Matko ale się strachu najadłam. Słyszę zapalany silnik pod domem - uffff ma klucze, pojechał, jestem uratowana. Czas na wyciąganie łupów i chowanie. No chowanie wiadomo, przecież nie postawię tych ślicznych pudełeczek od razu na blat bo ja wróci to się zacznie marudzenie. Najpierw muszę przecież opracować plan pozbycia się tego co już w domu jest. No bo kolejna zawieszka na drzwi raczej w grę nie wchodzi. Będzie marudzenie, że taką samą już mamy - ślepy nie widzi, że w tej nowej "home" jest całkiem inną czcionką napisane! Szybka myśl, że jutro idę do Anki na kawę to ją wezmę, ona ostatnio nic na drzwiach nie miała, to w sam raz zawieszka dla niej. O! Gorzej z kubkami bo nikomu 10 kubków nie wcisnę ale... jakby tam stały na brzegu stołu i któreś z dzieci niechcący pociągnęłoby za obrus? Hmmmm to może wyglądać wiarygodnie. Albo zmywarka za gorącą wodę puściła i popękały, tak tak to będzie doskonała wersją na tą zieloną miskę, dzisiaj kupiłam żółtą i wygląda o niebo lepiej. Dobra tyle już z głowy, jeszcze tylko dwie torby i Mąż może wracać. Wracam do robienia obiadu. Lodówka, ooo nie ma pora? Hmmm muszę iść na zakupy...





Czytaj więcej >
gimpelife © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka