Menu

Gdy upadłam pod krzyżem i nie wstałam



Pogoda tego dnia była piękna, słoneczna, lekki wietrzyk. Cieszyłam się na przejście Ekstremalną Drogą Krzyżową. Trasa wydrukowana, krzyż zrobiony, buty przygotowane, plecak spakowany. Plecak spakowany miałam tak sprytnie, że było w nim wszystko co potrzebne ale jednocześnie nie był zbyt ciężki. Droga Krzyżowa zaczęła się mszą, na którą przyjechałam podekscytowana. Zakupiłam bransoletkę na pamiątkę, wzięłam rozważania i niecierpliwie wyczekiwałam startu.

Przełomu nie będzie


Szło się doskonale, taki trochę dłuższy spacer tyle że nocą. Może i lepiej bo ruch samochodowy mniejszy i słońce nie świeci po oczach. Idę tak sobie czując już radość  i myślę. Hmmm idzie się całkiem dobrze, nic mnie jakoś znacznie nie boli, nie jest zimno, droga prosta bez dziur, górek i kamieni, cisza też mi jakoś nie przeszkadza - lada moment i będziemy na "mecie". Obejrzałam się na ludzi dokoła. Ktoś już kuleje, ktoś ociera pot z czoła, jeszcze inni podpiera się gałęzią brzozy. A ja idę, no idę śmiało i kompletnie nie wiem o co w tym wszystkim chodzi. Miało być ciężko, boleśnie z przemyśleniami. Z przełomem! Jakieś wnioski podobno były do wyciągnięcia po zakończeniu trasy. Zresztą w rozważaniach, które dostaliśmy były historie ludzi kończące się postanowieniami o zmianach po przejściu tych ponad 40 kilometrów. A ja? No gdzie tam do zmian i przemyśleń. O czym to ja mogę myśleć? Chyba o planowaniu następnej wyprawy.

Co jest grane?

Przerwałam myślenie o mojej świetnej kondycji bo zbliżaliśmy się do kolejnej stacji. Stanęłam przed kapliczką, zdjęłam plecak, wyjęłam rozważania i tak jak na każdej mijanej stacji, klęknęłam na oba kolana. Kiedy inni stali lub siedzieli, ja prosto z wypięta do przodu piersią klęczałam bez odczuwania bólu. Kilka minut modlitwy, łyk wody, pakuję książeczkę i wstaje... próbuję wstać.

Upadek

Moje do tej pory niebolące mięśnie nie chciały ruszyć nogami. Moja dobra kondycja nagle się ulotniła. A moje silne ręce ledwo dały radę oprzeć się na trawie by pomóc nogom wstać. Jeszcze jeden łyk wody, chwila spokoju, kilka głębokich oddechów i stoję. W bardzo niezgrabnej pozycji ale trzymam pion. Równie niezgrabnie zbieram z trawy plecak i zakładam. Najpierw plecak, potem kamizelkę. Stoję stabilnie, kilka małych, wolnych kroczków i zaraz rozejdę tą chwilową niedyspozycję. Prawa noga, lewa noga, prawa noga, lewa noga no i jest dobrze. Jeszcze tylko oprę się o ten murek, żeby sprawdzić czy nie zgubiłam krzyża i lecimy dalej. Podeszłam do murka, oparłam się ale ręka jako tak niefortunnie się osunęła, plecak który nagle okazał się ciężki pociągnął ciało w dół w efekcie czego usiadłam na murek. Upadłam i nie wstałam.

Wschód słońca

Ze wszystkich sił próbowałam zrozumieć co się stało i wtedy przypomniałam sobie, że jednym z momentów, na które czekałam był wschód słońca. Nie nad morzem jak w romantycznych filmach ale taki zwyczajny, który widziałam już kilkaset razy z okna w salonie. Miał zaraz nastąpić, a przede mną drzewa które całkowicie zasłaniały upragniony widok. I nagle nad drzewami rozjaśniało co oznaczało, że słońce zaczęło wschodzić. Pomyślałam - to jest to! Ta motywacja. Te moje infantylne marzenie jakim jest wschód słońca będzie najlepsza motywacją, przecież tyle szłam, pokonałam tyle kilometrów! Wystarczy zrobić kilka kroków, 10? Może 15. Mocno się skupiłam, położyłam ręce na murku by się odbić.
Nie odbiłam.
Kroków nie było.
Po minucie słońce wyszło zza drzewa.

38 kilometr

Na 38 kilometrze moje ciało postanowiło się zbuntować. Trzy! Trzy ostatnie, cholerne kilometry. Na horyzoncie widać już było cel naszej drogi - mieniący się w pomarańczowym słońcu kościół. Był na wciągnięcie ręki - tylko nie mojej.

Załamanie

Od tego murka zrobiłam już tylko 5 kroków i były to kroki do samochodu. Zanim wysiadłam z samochodu musiałam kilka minut zbierać w sobie siły. Następnie przez kolejne kilka minut pokonywałam schody na pierwsze piętro. Rozebrałam się, wzięłam prysznic i położyłam się do łóżka. W tym momencie puściły wszystkie emocje. Płakałam długo i głośno. Zły były nie do opanowania. Ja, oporna na ból - jestem obolała. Ja, która pokonała wiele kilometrów, wycieczek, pielgrzymek, wypraw - upadłam. Ja, silna psychicznie - rozpadam się na milion kawałków.

Przełom będzie

Ilekroć czytam, słucham, oglądam historię ludzi, którzy coś osiągnęli jestem oczarowana. Przechodzą zmiany, zyskują motywacje, radość, wiarę w siebie, stawiają sobie kolejne plany i realizują je. Bo skoro coś osiągamy to przecież chcemy coraz więcej, lepiej, mocniej. Dostajemy powera i działamy. Dziś, teraz, tutaj zastanawiam się jakie zachowania w człowieku przynosi porażka?
W tej chwili czuje się źle. Zarówno i psychicznie i fizycznie. Na ten czas nie doświadczyłam przemiany, nie wyciągnęłam pouczających wniosków, nie uduchowiłam się bardziej i na pewno nie przygotowałam się jakoś wyjątkowo do świąt Wielkiej Nocy. W tej chwili...
   i chociaż teraz jestem zła i załamana. Chociaż kotłują się we mnie negatywne emocje, który towarzyszy fizyczny ból, to wiem że wszystko dzieje się po coś. I może nie tam na trasie, nie dziś i nie jutro ale za tydzień lub miesiąc wyciągnę wartościowe, cenne wnioski z tego co wydarzyło się tam, na tym nieszczęsnym - a może i szczęsnym? - kilometrze.

Ekstremalna Droga Krzyzowa - link



3 komentarze :

  1. 40 km to nie małe wyzwanie. Zastanawiam się czy dałabym radę. Do tej pory mój rekord to 25 km.

    OdpowiedzUsuń
  2. Podziwiam za uczestnictwo i wytrzymałość. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń


Zostawiając komentarz,
nie zapomnij napisać adres swojego bloga,
na pewno Cię odwiedzę ;)

gimpelife © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka