Menu

Mały Konstruktor czyli płci nie oszukasz

Kiedy w pierwszej ciąży mówiłam, że chciałabym syna ludzie dziwili się, że mam śmiałość wymyślać sobie płeć zamiast modlić się o zdrowie. W drugiej ciąży znów byli zdziwieni, tym razem dlatego, że znów chciałam syna, a przecież dużo lepsza byłaby "parka". W trzeciej ciąży dziwili się, że w ogóle mam jakiekolwiek złudzenie, że mogę mieć syna. Mam, trójkę.

Nasze chłopaki od zawsze lubili po pierwsze zabawki do konstruowania, budowania, układania, a po drugie zabawki przeznaczone dla dzieci nieco starszych. Pierwszy syn dostał swoje pierwsze lego mając trzy latka, jego rodzeństwo tym sposobem kontakt z klockami miało od urodzenia. Nikt nie wkładał małych części do buzi i nie gryzł. Budowle, samochodziki, roboty i wiele innych wspaniałości wychodziło i wychodzi spod ich rąk. Taki typ, takie geny. Takie zabawy po prostu lubią.

Chociaż klocki lego są i jeszcze długo będą numerem jeden to czasem podsuwamy chłopakom coś innego, co ich zaciekawi i pobudzi wyobraźnie. Tym razem chłopaki dostali pojazdy z serii Mały Konstruktor od firmy Alexander. Pierwsze wrażenie: WOW. I to co chłopaki lubią najbardziej czyli pojazdy, narzędzia i dużo części. Natomiast moje pierwsze pozytywne zaskoczenie to był sam fakt pojawienia się paczki - na drugi dzień od złożenia zamówienia.

Nie da się ukryć, że to trudna zabawa i nie tylko dzieci mogą się nagłowić. Potrzebne jest skupienie, brak nerwów i cierpliwość. Na początku jest duży entuzjazm bo "złożymy swoją zabawkę", takie trochę diy. Potem przychodzą pierwsze nerwy po bywa, że jedna źle wkręcona śrubka wypada i autko zwyczajnie się rozpada. I tutaj całe szczęście, że mieliśmy trzy pojazdy bo potrzebna była też wprawa. Z pierwszym pojazdem musieliśmy sobie wszystko rozplanować i nabrać techniki skręcania śrubek, ale o kolejne pojazdy już prawie biliśmy się z mężem o to kto będzie składał. Wygrałam. Zabawa była świetna.

Mogę się pochwalić, że jesteśmy bardzo zgraną rodziną. Dużo czasu spędzamy na wspólnej zabawie albo po prostu na przebywaniu z sobą. Podczas składania Małego Konstruktora mogliśmy i razem być i wspólnie pracować. Młodsze dzieciaki dzieliły elementy na mniejsze grupki, starszy według instrukcji wybierał blaszki i śrubki potrzebne do budowania kolejnej części i skręcał te prostsze, a mąż i ja zajęliśmy się tymi trudniejszymi połączeniami. To znaczy najpierw mąż, a potem stery przejęłam ja. Sama byłam zdziwiona swoim opanowaniem i tym jaką satysfakcje sprawiało mi przykręcenie kolejnej części. Już zapowiedziałam mężowi, że jak tylko w sklepach pojawi się jakaś różowa bryka to kupuję od razu:)

Dla składających mam dwie rady. Pod koniec budowania pojazdu, kiedy trzeba skręcić ze sobą kilka gotowych już części trudno wsunąć śrubkę palcami. W tym momencie bardzo pomocna jest pinceta. Druga rada to analizowanie instrukcji dwa kroki naprzód. Elementy pojazdów są kolorowe, ale tych kolorów nie ma instrukcji. Warto więc sprawdzić jaką część pojazdu właśnie konstruujecie aby w efekcie końcowym pojazd był symetrycznie kolorowy.


Straż Pożarna 998
wóz z ruchomą drabiną, 314 elementów, wiek 8+, nr produktu: 1623.











Policja 997
pojazd z otwieranym bagażnikiem, 302 elementy, wiek 8 +, nr produktu: 1622.











Pogotowie 999
pojazd z otwieranym bagażnikiem, 329 elementów, wiek 8+, nr produktu: 1624.









Więcej Małych Konstruktorów ale i inne edukacyjne zabawki znajdziecie u Alexander.
Na stronie - klik
Fanpage'u - klik
i instagramie - klik.



Dodatki pokazują osobowość

W gimnazjum i jakąś część liceum nosiłam podwiniętą nogawkę spodni. Jak Tupack. Tyle, że z amerykańskim raperem nie miałam nic wspólnego. Znałam jeden, może dwa jego utwory ale to wszystko. O co chodziło z tą nogawką nie mam pojęcia ale w okresie nastoletniego buntu załapałam taką fazę i trwała kilka lat.

Nie wiem dlaczego On podwijał nogawkę, może dlatego, że faktycznie jeździł dużo na rowerze, bo właśnie z rowerami najczęściej kojarzono moją nogawkę. Ja natomiast robiłam tak bo nikt tego nie robił. Byłam jedyna taka w gimnazjum, w liceum, na ulicach dzielnicy. Kiedy ktoś zapytał dlaczego, odpowiadałam dumnie, że jestem fanką 2packa. Dobrze, że nikt nie pytał dalej bo niczego więcej nie mogłabym powiedzieć.

Na osiemnaste urodziny zafundowałam sobie kolczyk w nosie i pożegnałam się z nogawką. Miałam już swój inny znak rozpoznawczy. I chociaż nie byłam już jedyną, która go miała to czułam się fajnie i z nim się teraz utożsamiałam. Ale czy było w nim więcej mnie? Chyba nie. Miałam go bo chciałam ale nie świadczył on o moim zamiłowaniu do kolczyków, bo takiego nie miałam. Chyba po prostu nie chciałam być nijaka. Miałam go i było spoko.

Z kolczykiem pożegnałam się po czterech latach, trzy dni przed ślubem. Zdjęłam go na tą uroczystość, a po niej nie potrafiłam już go włożyć, niespodziewanie szybko zrosła się dziurka. Chyba nawet za tym nie tęskniłam, po prostu go nie było. I razem z tym kolczykiem skończyła się moja przygoda na wyrażanie siebie w sposób nie mający sensu. Dziś wybieram rozsądniej.

Nie noszę czegoś tylko dlatego, że może mnie wyróżnić i stanę się rozpoznawalna w danym środowisku. Nie robię ze swoim wyglądem przypadkowych rzeczy i zwracam uwagę na to co zakładam, jakie mam dodatki i jak wyglądam. Dorosłam do świadomości, że lepiej być stonowaną sobą niż pstrokatą obcą.

Ubrania

Patrzę do swojej szafy i mogę wyróżnić trzy charakterystyczne rzeczy. 1 - koszule. Uwielbiam, i te luźne i te dopasowane na ważniejsze spotkania. 2 - Sukienki z kieszeniami.  Wszystkie sukienki je mają, niezależnie od tego czy to eleganckie sukienki na uroczystości czy luźne kiecki na letnie dni. Chyba lubię chować ręce. 3 - Róż. I to może wydawać się dosyć stereotypowe, że pusta blondynka itd. Ale po pierwsze za głupią się nie uważam, po drugie nie jestem blondynką. A róż lubię i nie tylko w ubraniach. I dobrze mi z tym.

Fryzura

Właściwie, to noszę tylko dwie fryzury. Domowy kok i rozpuszczone luźno włosy. Może dlatego, że tak lubię i jest to wygodne, a może dlatego że jestem posiadaczką pięknych loków i właściwie nie trzeba wiele żeby ładnie wyglądały. Ale zdecydowanie te dwie fryzury są u mnie best ever. Nie zobaczycie mnie z warkoczem czy końskim ogonem. 

Biżuteria

Od czasów rozstania się z kolczykiem w nosie zaczęłam nosić drobną biżuterię. Nie dlatego, że celowo tak wybieram ale taka naprawdę zaczęła mi się podobać. I srebrna. Jedyna złota biżuteria jaką mam to obrączka. Srebro nie rzuca się w oczy, a jednak jest zauważalne. Wydaje się być delikatniejsze i nie krzyczy z daleka jestem! I zdecydowanie lepiej komponuje się w różne kolory ubrań. Nie noszę też zbyt dużo biżuterii. Na uroczystość typu wesela zakładam wiszące kolczyki i dopasowany łańcuszek. Na co dzień kolczyków nie noszę wcale, a na nadgarstku lubię bransoletki sznurkowe z małym srebrnym dodatkiem. Dziś patrzę na swoją rękę i widzę na nim piękne, delikatne dodatki. Moje ukochane piórko, które prócz tego że jest teraz modne to naprawdę mogę się za nim utożsamić. Piórkowi towarzyszy kwiatuszek z mieniącym się oczkiem. Zestaw od Wzorowo naprawdę jest jednym z tych, o których pisałam wyżej. Nie krzyczy, a i tak go widać. Bawełniane sznureczki są nieodczuwalne dla skóry nadgarstka, a zawieszki z metalu i cyny lekkie. Ich delikatny wygląd sprawia, że komponują się ładnie nawet przy eleganckich, wizytowych strojach typu marynarka.


 







Bransoletki z takimi ale i innymi zawieszkami znajdziecie u Wzorowo.

Fanpage - klik
instagram - już wkrótce

Walentynki przeniesione


Serca, serduszka, czerwone paznokcie, różowe torciki i inne miłosne gadżety, które wypełniają półki w sklepach.
Ładnie, miło ale u nas walentynki przeniesione.


Dobra luz sensacji nie będzie, nie ma rozwodu i tego typu akcji. Po prostu mąż w pracy. Strażacka służba jak wiadomo trwa 24 godziny więc jak mąż wyszedł z domu dziś rano o 7:00 to wróci dopiero jutro rano. Walentynki zostały przeniesione. Były wczoraj. I nawet lepiej bo dziś Środa Popielcowa, czyli post ścisły. Szału romantyczną kolacją i deserem byśmy nie zrobili, poza tym dziś też najstarszy syn ma wizytę u logopedy, a średni trening piłki. Pewnie więc minęlibyśmy się dziś, a wieczorem padli razem z zajściem słońca i byłoby po walentynkach. No i wczoraj czułam się super, a dziś po przebudzeniu fatalnie, chyba zaczyna się jakieś przeziębienie.

A jak jest co roku? 

Każdego roku walentynki wyglądają podobnie czyli czekoladki, kartka z miłosnym wyznaniem i kwiatek. Nie wręczone osobiście no bo jak, walentynek się nie daje z ręki do ręki, i nie podpisuje. Anonimowość konieczna! Zawsze gdzieś ją znajdę, a to w sypialni koło łóżka, a to pod talerzem przy śniadaniu. Była też jednego razu koło żelazka, o tak romantycznie.

Taka bardziej romantyczna część dnia zaczyna się dopiero wieczorem kiedy dzieciaki zasypiają. Mąż gotuje wtedy spaghetti, to nasze danie. Robił je w każdą rocznicę naszego poznania i w jakiś ważnych okolicznościach. Jeszcze za czasów panieńsko - kawalerskich w akademiku. Jedni mają swoją piosenkę lub miejsce, a my mamy potrawę. Chociaż miejsce też, ale o tym napiszę innym razem.

Czy zawsze zostajemy w domu? Tak, przynajmniej od czasu kiedy mamy dzieci. Nasi rodzice i znajomi też mają przecież swoje walentynkowe święto więc absolutnie nikomu nie chcemy wtedy zostawiać chłopaków. W końcu każdy zasługuje na romantyczny dzień, a już na pewno wieczór.

Obchodzimy? 

No jasne, i o tym właściwie powinnam napisać na początku. Pewnie, że obchodzimy, a teksty typu "kochać trzeba się codziennie" wcale mnie nie zniechęcają. Wiadomo, że kochać i okazywać sobie uczucia trzeba cały rok ale nie zawsze jest ten czas by o tym porozmawiać, by usiąść razem nie tylko po to by zaplanować kolejny miesiąc w kalendarzu czy rodzinny budżet. Co prawda nie dmuchamy czerwonym balonów w kształcie serce i nie wypełniamy nimi całego domu, wanny też nie zapełniamy szampanem i płatkami róż, ale taki drobny gest jak walentynkowa kartka i kolacja przy świecach to naprawdę wspaniały pomysł. I tak sobie myślę czy, Ci którzy nie obchodzą walentynek, a są w związku naprawdę traktują ten dzień jak każdy inny? Serio? Dlaczego?



gimpelife © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka