Menu

Historia przerwanych marzeń

Nie było mnie tu miesiąc, a może i ponad. Powodem była realizacja największych marzeń. Kiedy okazało się, że w końcu moje największe pragnienie się spełni - oddałam się temu w całości. Żyłam z głową raz w papierkach bo trzeba było załatwić formalności, a raz w chmurach bo tak się cieszyłam. A potem życie postanowiło jednak sprowadzić mnie na ziemię.

Nie pamiętam kiedy pierwszy raz pomyślałam o Kawiarni. Mam wrażenie, że zawsze chciałam ją mieć. Pracować, rozmawiać i spotykać się z ludźmi ale też być jej właścicielem żeby mieć wpływa na wygląd, serwowane napoje i dania. Po prostu moje miejsce na świecie.

Przyszedł w końcu dzień kiedy znalazłam idealny lokal, w idealnym miejscu, z idealnymi mieszkańcami dookoła. Od razu polecieliśmy do rozmowę z właścicielem. Od też był idealny. Ugodowy, chętny do pomocy i najważniejsze - niewygórowana cena wynajmu. W międzyczasie dwójka znajomych wykazała chęć prowadzenia kawiarni razem z nami. Mielibyśmy swój biznes, spełnilibyśmy swoje marzenia, a przy okazji rachunki i obowiązki dzielilibyśmy z kimś kto tak samo jak my cieszył się na współpracę.

Kolejny miesiąc żyłam jak w transie. Telefon, komputer, spotkania. Za cztery tygodnie mieliśmy podpisać umowę najmu więc do tego czasu chcieliśmy ogarnąć wszystkie sprawy związane z otwarciem Naszego Miejsca. Jeszcze nigdy nie pracowałam na taki wysokich obrotach i nawet do matury czy obrony dyplomu nie byłam tak dobrze przygotowana. Byliśmy umówieni z sanepidem, firmą od kasy fiskalnej, telewizji i internetu. Papiery na koncesje czekały na ostateczny podpis. W drukarni czekał projekt menu, ulotek i szyldu. Plan remonty zatwierdzony przez wszystkich. Prawie podpisane umowy z dostawcami kaw, ciast i dań jednogarnkowych. Wypisane dokumenty na założenie firmy. Złożone wnioski o przyznanie dotacji. Ustalony grafik na pół roku do przodu. Najmłodsze dziecko zapisane do przedszkola...

Dzień podpisania umowy.
Radość, radość, radość!
Spotkanie i rozczarowanie.
Pan się rozmyślił.

I cholera miał prawo! Jego lokal, jego decyzja i nic nie zrobisz.
To było naprawdę mocne uderzenie. Jakby ktoś rozerwał mnie na strzępy, zresztą pewnie możecie sobie wyobrazić jakie uczycie towarzyszy utraconym nagle marzeniom. Marzeniom, które było przecież tak bliskie i tak realne. Próbowaliśmy walczyć. Najpierw rozmową i przekonywaniem. Podawaliśmy argumenty, podnosiliśmy cenę najmu. Niestety. Nie, bo nie.

Kolejny tydzień był ciężki, w głowie sto myśli o Kawiarni, zero myślenia o życiu codziennym. Tylko kawa, sen i płacz. Wszyscy z nas to przeżyli chociaż niewątpliwie pozostałej trójce było lżej - oni nie marzyli o tym od kilkunastu lat. Po kilku dniach zadzwoniliśmy do właściciela żeby uzyskać jakiekolwiek informacje odnośnie zmiany zdania. I znów "nie bo nie". Złamał się po trzecim telefonie. W drogę wszedł jego syn. Młody gość, który niewiele miał do powiedzenia i nigdy lokal go nie interesował ale nagle chciał mieć coś do gadania. Właściciel niedawno stracił żonę, nie chciał się jeszcze kłócić z synem. I taka sytuacja, że niby to rozumiem, a jednak nie jest mi lżej. Syn powiedział, że On nie chce tu Kawiarni, bo za głośno i za dużo ludzi. W tym miejscu powinno być biuro, ewentualnie jakieś beauty gabinety. Koniec tematu. Proszę więcej nie pytać.

Po dwóch tygodniach dostałam meila, że został jeden dzień do składania wniosków o przyznanie dotacji, nasze były złożone ale brakowało biznesplanu. Miał być złożony jako ostatni bo chcieliśmy wpisać do niego adres wynajętego lokalu. Lokalu nie było, czas minął. Tak skończyła się bajka o marzeniach.

Tydzień temu dowiedzieliśmy się, że lokal został wynajęty i będzie tam knajpa. Nie spokojne biuro czy gabinet. Też nie spokojna, rodzinna kawiarnia dla mieszkańców ale knajpa, głośna i śmierdząca alkoholem. Ale najmujący rzucił dużą kasą i syn właściciela nawet się nie zastanawiał. Póki co lokal i tak stoi pusty, nieruszony. Nowy najmujący ma problemy z prawem i miasto nie chce przyznać mu koncesji. Właściciel zamiast spokojnej Kawiarni ma umowę z gangsterem...

Dla jednych może się to wydawać jakimś błahym powodem do smutku bo przecież to tylko jakaś kawiarnia. Ale dla mnie to miało być coś więcej. Pasja, praca, zarobek, poczucie spełnienia, pomysł na resztę życia. Niedługo minął dwa miesiące od pierwszego zachwytu i hasła "robimy to!". Czasem budzę się z myślą, że może jeszcze kiedyś, może się uda i spełnię swoje marzenia. Ale czasem są takie dni jak dziś kiedy ktoś coś powie, kiedy padnie jakieś skojarzenia albo dostanę meila od Pani Krystyny "...termin na składanie wniosków przedłużony, jest jeszcze sporo miejsc." I co? Lokalu nie wynajmę, właściciela nie zastraszę, cudów nie zrobię. Było, minęło ale pomimo wszystko fajny był ten czas kiedy byliśmy tak blisko.


gimpelife © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka