Menu

Kask równa się życie

Mieszkam w miejscu, z którego widać trzy skrzyżowania, osiem ulic, fitpark i plac zabaw. Nie ma minuty żeby nie jechało jakieś dziecko na rowerze, rolkach czy deskorolce. Tylko 10 procent dzieciaków ma kask. Wiem, że rodzice ufają swoim pociechom i wierzą że będą jeździły ostrożnie ale nigdy nie mogą być pewni, że w tym samym czasie na tej samej drodze nie pojawi się np. pijany kierujący samochodem. 

Mieszkam w dosyć spokojnej dzielnicy, to ostatnia dzielnica w mieście ale jednak z drogą przelotową i z odległością 10 minut samochodem do centrum. Fajna lokalizacja. Można poczuć się jak na wsi ale jednocześnie kilka chwil i jesteśmy w mieście. Idealna miejscówka, żeby zapomnieć, że jest się w mieście. I właśnie często zapominają o tym rodzice bo kiedy wychodzą ze swoich domów to mają ogródek, znajomą piekarnię, skwerek z trawą, miejsce na zrobienie pikniku i polne ścieżki na spacery. Zapominają, że tuż za zakrętem dzieje się miejskie życie pełne samochodów. Razem z początkiem naszej dzielnicy kończy się obwodnica, zgadnijcie czy kierowcy zauważają tą zmianę i zdejmują nogę z gazu?

Podobny wywód napisałam na jednej z grup rodzicielskich mojego miasta. Nie oczekiwałam komentarzy bo temat wydawał mi się oczywisty, tak banalny i świadomy. Pomyślałam, że fajnie byłoby zobaczyć kilka lajków pod postem ale ku mojemu zdziwieniu znalazła się odważna mama, która napisała:

 "wypadki zdarzają się też na placu zabaw i spacerze. Mamy zakładać dziecku kaski i tam?".
Ironicznie odpisałam tej kobiecie "skoro tak stawiasz sprawę to tak, na spacerze też można się zabić". 

Naprawdę myślałam, że kobieta robi sobie żarty ale Ona brnęła dalej "kiedyś nie było takiego sztucznego nacisku na kaski". Sztucznego nacisku? Pamiętajmy, że kiedyś nie było tylu samochodów, kierowców i szybkich tras. To nie sztuczny nacisk, a dostosowanie zasad do aktualnych realiów. Poza tym czy naprawdę trzeba tłumaczyć ludziom przed czym chroni kask? Kochasz swoje dziecko to o nie dbaj! Kupujemy dzieciom eko-produkty i zabawki z materiałów z atestem dla bezpieczeństwa i zdrowia, a nie dajemy kasku na rower? Helloł czy tylko ja nie rozumiem tej logiki?


Jestem dumną mamą trzech chłopaków. Chłopaków, którzy nawet na podwórku jeżdżą w kaskach. Fakt, kiedyś ich tego nauczyliśmy to nasza zasługa. Wkładaliśmy im kaski kiedy siedzieli jeszcze w fotelikach na naszych rowerach, potem kiedy jeździli w przyczepkach rowerowych i kiedy sami zaczęli pedałować na swoich czterokołowcach. Teraz wkładają kaski odruchowo, jakby to były buty. Idziemy na rower - bierzemy kask. I tą mądrość zawdzięczają już sami sobie. Bo czym skorupka za młodu nasiąknie tym na starość trąci. 

Pół roku temu najstarszy syn miał wypadek. Bardzo poważny, od nieszczęścia dzieliły go milimetry. To nie był wypadek na rowerze, to nie był nawet wypadek w ruchu drogowym. I ten wypadek wcale nie uświadomił mi ze życie jest kruche i trzeba np. zakładać dzieciom kaski. My to wiemy, ale ten wypadek uświadomił mi że tą wiedzą należy się dzielić bo wielu z nas to typowy Mądry Polak Po Szkodzie. Człowieku jak chcesz się przekonać jak traci się zdrowie i życie bez kasku to po prostu to wygoogluj i ucz się na cudzych nieszczęściach, a nie narażaj swojego dziecka.


Najstarszy z naszych synów prócz kasku ma też rękawiczki, ochraniacze i skorupę na plecach. Ktoś pomyśli, że to przesada i złapie się za głowę. Spokojnie akurat te wszystkie gadżety syn wybrał sobie sam. Jest fanem bmx'a i każdą wolną chwilę spędza na ćwiczeniu różnych tricków. On lubi ten cały sprzęt. Jedni zbierają karty z piłkarzami, On kompletuje sprzęt na rower. Na pewno nie będę nikogo zmuszać do zakładania dziecku aż tyle bo wiem, że nikt nie weźmie tego na poważnie, chociaż nad skorupą warto się zastanowić, w końcu kręgosłup tak samo ważny jak głowa...

Tak na zakończenie - błagam Was, dawajcie swoimi dzieciom kaski nawet jeśli One go nie lubią i się buntują. Może kaski są dla niektórych zbyt drogie, ale życia dziecka jest warte wiele więcej.


Gry planszowe dla całej rodziny

Gry planszowe zagościły u nas na dobre od ostatniego Dnia Dziecka, kiedy to chłopaki dostali grę od babci. Zachwycił ich znany nam dobrze chińczyk. Zaczęliśmy więc kupować im gry i z radością obserwujemy jak świetnie się przy tym bawią. 

Wczoraj zapukał kurier z niespodzianką od firmy Alexander. W paczce były trzy gry, które chłopaki od razu chcieli testować. I tak też zrobiliśmy. Pomyślałam, że może uda mi się jeszcze przedstawić dla Was te gry przed nadchodzącym Dniem Dziecka. Wiem, że wielu z Was właśnie takie prezenty lubi wręczać swoim dzieciakom wiec może jeszcze skorzystacie z naszych opinii.

1. Gdybyś był

Pierwsza gra, którą chłopaki otworzyli. Skusiła ich wesoła gąsienica na pudełku.

Zasady: Rozpoczynający zabawę gracz bierze jedną z kart i kręci wskazówką. Następnie czyta treść karty dla osoby, na która wskazała wskazówka. Np. Piotruś, gdybyś był pierogiem ruskim to..." podaje też odpowiedzi a, b, c. Pozostali gracze obstawiają swoje typy i sprawdzają czy odpowiedz pokrywa się z odpowiedzią głównego zainteresowanego. Podczas gry zdobywa się punkty i porusza w stroną pola z metą.





2. Gorący ziemniak

Niewątpliwie najbardziej pochłonęła synów. Chociaż nie tylko ich. Nam tez spodobała się ta gra. Graliśmy w nią już kilkanaście razy, a najstarszy syn wziął ją nawet dziś do szkoły. Koledzy również mieli fajną zabawę na przerwie. W upalne dni kiedy na dworze gorąco fajnie było zostać na przerwie w budynku szkoły i pograć w ziemniaka. 

Zasady: Bardzo proste, do załapania w mig. Osoba rozpoczynająca czyta pytanie z wybranej karty np. "Podaj nazwę bajki", kręci wskazówką i odpowiada. Następnie podaje gorącego ziemniaka kolejnej osobie, która robi to samo. Odpowiedzi padają tak długo dopóki kręci się wskazówka. Osoba, która trzyma ziemniaka w czasie kiedy skończy się czas przesuwa swój pionek to przodu. Przegrywa osoba, która najszybciej dojedzie na metę. Zostaje "spalonym ziemniakiem".







3. Nie śmiej się.

Taka wesoła odmiana znanej gry kalambury. Dzieciaki nawet najmniejsze świetnie odnajdą się w tej zabawie. Dodatkowa atrakcją jest czas odmierzany klepsydrą i sztuczny nosek na twarz. W czasie gry od śmiechu mogą zaboleć brzuchy:)

Zasady: jedna z osób kręci wskazówką losując zawodnika, który rozpocznie pokazywanie haseł.  Wskazany gracz rzuca kostką i losuje hasło do pokazania. Podczas pokazywania można wydawać odgłosy oraz wykorzystywać mimikę twarzy. Ruch pionkiem do przodu wykonuje osoba, która odgadła hasło i osoba pokazująca. Wygrywa zdobywca mety.















Więcej GIER i nie tylko pod linkami:
Na stronie - klik
Fanpage'u - klik
i instagramie - klik.
Polecam również zestaw Mały Konstruktor: klik tutaj.


Czekając na koniec dnia

Chciałam zacząć ten post pytaniem "czy są tu jakieś matki?" bo ma być o zmęczeniu i czekaniu na relaksujący wieczór, ale uświadomiłam sobie, że przecież nie tylko matki bywają tak zmęczone, że marzą o gorącej kąpieli i wolnym wieczorze. Tak więc będzie dla wszystkich kobiet, niezależnie od tego jakie role społeczne są im przypisane.


Ja czekając na wieczór patrzę z punktu widzenia matki czyli z kąpielą kojarzy mi się przede wszystkim cisza i brak wołania "mamooooo!". W dalszej kolejności jest to uczucie relaksu , odprężenia i takiej wolności kiedy wszystkie obowiązki tego kończącego się dnia zostały zrealizowane i razem z wodą po ciele spływa ulga. Taki przyjemny stan trwa też po kąpieli, kiedy dobrze dobrane kosmetyki zostają na skórze w postaci odżywienia i zapachu. Zapach - on jest dla mnie bardzo ważny. Prócz uczucia świeżości i zadbania lubię czuć zapach kosmetyków. 

W tym wpisie chcę się z Wami podzielić opinią o kosmetykach Le Petit Marseillais, które odkryłam jakiś czas temu i których miałam przyjemność zostać ambasadorką. Uwierzcie mi, że wpis nie ma na celu jedynie odklepać swojego obowiązku jakim jest podzielenie się z Wami informacją, że dany kosmetyk istnieje. Ja naprawdę chcę to zrobić. Pierwszy raz zapach jakiegokolwiek kosmetyku tak mnie zachwycił.

Tym razem w paczce przyszły trzy kosmetyki. Pielęgnujący olejek do mycia - o zapachu moreli i płatków róż. Konsystencja faktycznie oleista ale dobrze rozprowadza się po skórze i łatwo spłukuje. Jeden z niewielu kosmetyków, których zapach utrzymuję się na ciele jeszcze kilka godzin po kąpieli. Następnym produktem jest dezodorant - zapach moreli i szałwii. Z powodu pierwszych upałów od razu przetestowałam dezodorant i jestem zadowolona ponieważ faktycznie bardzo długo utrzymał skórę pod pachami w świeżości. Zapach równie obłędny. Trzecim kosmetykiem jest mleczko nawilżające do ciała - nieziemski zapach moreli, białej lilii i masy perłowej. I tego produktu ciekawa byłam najbardziej ponieważ moja skóra ma skłonności do przesuszania. Rzadko, który kosmetyk w taką pogodą nawilża i utrzymuje zapach. Konsystencja jest akuratna, nie spływa z dłoni przed rozsmarowaniem, a kiedy już znajdzie się na ciele to poddaje się ciepłu i rozprowadza doskonale. Pomysł z dozownikiem oczywiście wart pochwały.

Na pojemniku każdego kosmetyku jest znak świeżości przed 24 godziny. Nie wiem czy to faktycznie się sprawdza bo przy takiej pogodzie jaką mamy miedzy jedną, a drugą kąpielą minęło 6 godzin no i oczywiście zmyłam z siebie wcześniej nałożone mleczko i dezodorant natomiast przez te sześć godzin kosmetyki trzymały świeżość i zapach na mojej skórze. 

Bardzo się cieszę, że dostałam się do tej kampanii bo nie wiem czy inaczej skusiłabym się na te kosmetyki. Tymczasem one okazały się strzałem w dziesiątkę. Daję 10 punktów każdemu z tych produktów i cieszę się, że firma faktycznie bierze pod uwagę opinie swoich ambasadorek ponieważ za każdym razem nowe kosmetyki są lepsze i spełniają wymogi kobiet. 

Dodatkowo z paczce znajdowało się 13 próbek mleczka do ciała, których już połowę rozdałam koleżankom. Od jednej dostałam wiadomość "kupuję 10 tubek!". Ach my kobiety.

O kosmetykach firmy Le Petit Marseillais pisałam już wcześniej w pościena Instagramie






Nie ACHam i OCHam na widok Twoich dzieci

Przepiękny ślub Księcia Harrego i Meghan już za nami. Wszystko bajkowe, aż ma się ochotę rozwieść i zaplanować swój ślub jeszcze raz. Było, było i minęło ale memy dopiero się zaczynają.

"Wygibasy księżniczki Charlotte" albo pokazywanie języka. Serio? Jak dziecko sąsiada robi wygibasy to też macie ochotę napisać o tym na swoim fejsie z nieopisaną radością? Dziewczynka w porządku, buźka ładna, sukienka spoko ale czy aż tak żeby zawalać mi pamięć telefonu? Bo co? Jestem matką i na pewno wzruszę się na widok dziecięcych wygibasów? Mistrz drugiego planu czyli chłopczyk niosący welon Panny Młodej może i faktycznie wywołał mój uśmiech na twarzy bo po prostu fanie popatrzeć na dziecięca reakcję, taką nieograniczoną zasadami. Miał ochotę kwiknąć z radości to to zrobił.

Oczywistą sprawą jest, że pogratuluję znajomej kiedy ta poinformuje mnie o ciąży. Zapytam o samopoczucie i chętnie odpowiem na sto pięćdziesiąt pytań najlepiej jak umiem chociaż chciałabym powiedzieć, że współczuję każdej ciężarnej, którą widzę. Szczerze też pogratuluję narodzin, pierwszego ząbka i kroczku. Bo cieszę się, że ktoś się cieszy i że ktoś jest szczęśliwym. Bo to takie prawdziwe widzieć kogoś szczęśliwym. Tak na żywo ale żeby jarać się każdym bobasem to nie, nie ja...

Wiele osób naprawdę myśli, że kobiety dzielą się na dwie grupy: te nielubiące i niemające dzieci oraz te mające i wyznające zasadę "wszystkie dzieci nasze są". Czyli (ironia) znieczulone Feministki oraz Matki Polki. A tymczasem są jeszcze kobiety, które lubią dzieci ale nie chcą mieć swoich oraz takie, które mają dzieci ale nie ograniczają swojego życia tylko do bycia matką. Ja należę do tych ostatnich. Mam dzieci, które kocham ponad wszystko ale poza byciem matką jestem też kobietą, żoną, przyjaciółką.

Fakt, że jestem matką trójki dzieci nie znaczy, że ACHam i OCHam na widok wszystkich bobasów. A uwierzcie mi, że sporo moich znajomych tak myśli. Matka Polska, wychowuje trójkę dzieci, żadne dzieciowe tematy nie są jej obce, wysyłajmy do niej wszystkie śmieszne memy, obrazki, zdjęcia znalezione na necie i przedstawiające dzieciaki. Dziecko przytulające kotka z dorysowanym serduszkiem. Dziewczynka sypiąca kwiaty na procesji Bożego Ciała z dorobioną aureolką. Chłopczyk pijący z owcą z jednej miski. I te de i te pe. Ja rozumiem, że dla rodziców tych dzieci to może być bardzo ważny moment w życiu małego człowieka bo może akurat dzieciak pierwszy raz powiedział "mama" albo stanął na nóżki. Ale ja nie znam tych dzieci i wcale nie kręci mnie oglądanie tych zdjęć.

Jakiś czas temu w sieci krążył temat o rodzicu, który przebrał dziecku pieluchę w restauracji, pamiętacie? Chodziło o to, że ów rodzic nie wyszedł do toalety tylko przebrał dziecko przy stoliku. A inni rodzice mieli mu to za złe. Bo kultura, komfort innych klientów, zapachy i tym podobne. Zgadnijcie ile dostałam wiadomości typu "co za ludzie, przecież dziecko miało kupę, trzeba było je przebrać prawda?". A ja na to - NIE! Od tego są toalety.
Zostając przy tematach kawiarni, ile razy wybraliście się na obiad/ kawę/kolację i cała Wasza uwaga skupiła się na płaczących dzieciach przy innym stoliku? Moi znajomi w takich sytuacjach od razu piszą do mnie "jesteśmy w knajpie, a dzieciak przy stoliku obok się drze no ale cóż, to tylko dziecko ma prawo nie?". A ja na to - NIE! Od tego są restauracje z kącikami dla dzieci.

Ale jak to?! Przecież też jesteś matką, powinnaś to zrozumieć.
JESTEŚ MATKĄ!
POWINNAŚ to zrozumieć!
Yes? Really?

To, iż mam trójkę dzieci może znaczyć że prawdopodobnie mam większe doświadczenie z ich obsługą. Podkreślam prawdopodobnie bo mając trójkę na pewno spędziłam mniej nocy przy szpitalnym łóżku niż np. mama jednego wcześniaka. Tak jak mając trzech synów na pewno nie musiałam przerwać rodzinnego spaceru by znaleźć toaletę, jak to robią rodzice córek. I już na pewno to, że mam swoje dzieci nie znaczy, że będę szaleć z radości na widok innych dzieci.

Istnieje też taki stereotyp Matki Umęczonej. I chociaż matki to naprawdę wielkie Bohaterki pracujące po 24 godziny i niewątpliwie są zmęczone to jednak czasy się trochę zmieniają. Ci mężczyźni gdzieś się tam jednak przewijają jako ojcowie i też odwalają kawał niedocenionej pracy. Ale do celu bo zboczyłam z tematu. Kojarzycie łańcuszek "...jesteś piękną mamą, pamiętaj o tym...". Wiem, że łańcuszek jest po to, żeby go wysyłać ale dostałam ich ponad 20! Bo mam tyyyle dzieci i na pewno nikt mnie nie docenia. No cóż, nie żebym się chwaliła ale moje dzieci to akurat prawdziwi dżentelmeni. W kółko mówią, że jestem mądra i piękna. Dziękują wstając od stołu i odnoszą talerze to zlewu. Przepuszczają mnie w drzwiach i w miarę swoich możliwości pomagają wnosić zakupy do domu. Rozbierając się do kąpieli składają ubrania w jedno miejsca, a nie rozrzucają po całej łazience. I od razu odpowiem, że nie jest to tresura (jak ktoś złośliwy mógłby określić), nikt takiego zachowania od nich nie wymagał. Oni po prostu lubią to robić i lubią ze mną być. Czują się dobrze bo wiedzą, że jestem kimś kto ich doceni i pochwali. A jeśli zapytacie jak to się dzieje? Może właśnie dlatego, że kiedy inni rodzice marnują czas na ACHaniem i OCHaniem na widok cudzych dzieci, ja wykorzystuję ten czas na docenianie swoich.


Detox sokowy - moje wyzwanie

Na detox sokowy wpadłam nagle i tak samo szybko zrobiłam listę owoców i warzyw, a potem połączyłam je w grupy i poleciałam na zakupy. Następnego dnia byłam już na detoxie.

Na początku muszę zaznaczyć, że niekoniecznie warto brać ze mnie przykład. A przynajmniej nie zawsze. Sam fakt oczyszczenia organizmu może i godny jest pochwały bo wiadomo im czystszy mamy organizm tym lepiej dla zdrowia i samopoczucia, a co za tym idzie lepsza efektywność działania. Koniec końców ostatecznie jesteśmy szczęśliwymi ludźmi i tak dalej. Dobra, dobra ale wracając do rzeczy. Pomysł - ok. Sposób - hmmm.

Ja po prostu chciałam już, teraz, zaraz. Już taki mam charakter, że nie lubię na coś czekać. Muszę widzieć efekt szybko, dlatego też nie lubię odchudzania czy innych długoterminowych przedsięwzięć bo się najzwyczajniej w świecie nudzę czekaniem. No ale, że chciałam już to w trzy minuty skomponowałam (na kartce póki co) pięć różnych soków. Zasady miałam dwie: 1. wszędzie musi być jabłko, bo jak nie przełknę np. buraka (którego mogę jeść garściami ale soku nie znoszę) to pyszne jabłuszko zawsze to jakoś zniweluje. Po drugie w każdej porcji prócz owoców miksowanych w sokowirówce musi tez być inny produkt, który zblenderuję. Bo przecież nie mogę tak samego soku bo z głodu umrę, musi być jakiś miąższ.

Sokowirówka - jabłko, gruszka, burak, marchew.
Blender - pomarańcza, grejpfrut, kiwi, jarmuż, cytryna, banan, truskawka, malina, ananas, szpinak.
Wcześniej naliczyłam 16 produktów więc pewnie dwóch nie pamiętam;)

Nie pokażę Wam jak łączyłam składniki bo łączyłam je bez konsultacji z dietetykiem, a jestem świadoma tego, że przy dobieraniu składników do soków na detoxie obowiązują jakieś zasady. Na przykład cytrusy i banany tylko do południa bo zawierają cukier, a ostatni posiłek do godziny 18:00 itd. Nie będę pisać bo wiecie jak jest w necie, nie wszyscy czytają wszystko. Ktoś wklepie detox sokowy w google, kliknie tu, nie doczyta całości tylko weźmie przepis na sok i w niczym mu to nie pomoże. Mnie się moja kombinacja podobała smakowo, a i wyglądem nie odrzucała. Byłam też najedzona i nie odliczałam minut do następnej porcji.

Detox miał trwać dwa dni, tak sobie założyłam na początku, nawet nie wiem dlaczego akurat trzy. Okazało się jednak, że trzeciego dnia byliśmy zaproszeni do znajomych na większą cześć dnia, a że mój detox nie był częścią jakieś zalecanej diety i nie zależało mi na jego utrzymaniu to skróciłam go do dwóch dni.

Piłam co trzy godziny. Pięć soków dziennie, każdy po około 450 mililitrów. Tak jak już wspominałam nie byłam głodna, nie burczało mi w brzuchu ale niewątpliwie jednak coś tam się zaczęło dziać. Pierwszego dnia po godzinie 15:00 czyli już po trzech sokach zaczęło robić mi się chłodno. Chociaż na dworze było ciepło i dzieciaki chodziły w krótkich spodenkach, to ja miałam grubą bluzę z kapturem. Drugiego dnia zimno było mi już od rana, a kiedy weszłam do zaparkowanego w pełnym słońcu samochodu zamiast duszności pomyślałam "ale cieplutko". Drugiego dnia dołączyło też zmęczenie, zdrzemnęłam się nawet po południu. Konsultowałam później ten stan z innymi osobami, które robiły detox i ponoć to całkiem normalne oznaki od organizmu.

Oczywiście były też plusy. Drugiego dnia obudziłam się z mniejszym brzuchem. Chciałabym napisać "z płaskim" ale niestety aż tak ładnie nie mogę tego ująć bo brzucha mam trochę za dużo ale musicie mi uwierzyć, że naprawdę się zmniejszył. Waga stała w miejscu ale obwód w brzuchu zmniejszył się o 4 centymetry. Pomimo zmęczenia czułam się lżej, mniej więcej tak jak czułam się po trzech tygodniach ostatniej diety kiedy zrzuciłam 4 kilogramy. No i kolejnym atutem jest sprawdzenie swojej silnej woli. Nie było znów tak ciężko bo głodna nie byłam ale miałam dużą chęć na podjadanie żeby po prostu mieć coś w ustach i pogryźć. Taki mam już śmieszny styl, że lubię coś chrupać, może dlatego na okrągło jem marchewki :)

Żałuję, że nie zrobiłam więcej zdjęć, moglibyście zobaczyć jakie ładne wyszły kolory z tej mojej mieszaniny smaków. Podsumowując, jestem zadowolona że podjęłam się oczyszczenia organizmu (jeśli mogę to tak nazwać). Kolejne doświadczenie za mną. Teraz czas na kolejne, jakieś propozycje?




gimpelife © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka